Taksówką za koło podbiegunowe. Nietypowa ekspedycja dyrektorów Juventusu
Podróż na mecz Ligi Mistrzów rzadko kiedy bywa aż tak dramatyczna. A jednak Giorgio Chiellini i Damien Comolli – ważne postacie w strukturach Juventusu – zaliczyli wyprawę, która bardziej przypominała arktyczną ekspedycję niż rutynowy wyjazd służbowy.
Wszystko przez śnieżną burzę, która sparaliżowała lotnisko w norweskim Bodø, położonym tuż za kołem podbiegunowym. Ich prywatny odrzutowiec musiał awaryjnie wylądować… po drugiej stronie granicy, w szwedzkim Arvidsjaur, oddalonym od stadionu o 375 kilometrów.
Zakonnica na straży porządku. Rzymianie nie mogli uwierzyć własnym oczom [WIDEO]
Na miejscu czekały ich zaspy, mróz i zupełnie niepiłkarski krajobraz. Chiellini i Comolli – elegancko ubrani, ale kompletnie nieprzygotowani na arktyczne warunki – wsiedli do taksówki, która miała dowieźć ich do Bodø. Kierowca, Erik Granberg, początkowo nie miał pojęcia, kogo wiezie. Zamówienie na nazwisko „Chiellini” wydało mu się zwyczajne, więc ruszył w drogę, nieświadomy, że obok siedzi legenda włoskiej piłki.
Jazda w zamieci zajęła pięć godzin. Granberg przyznał, że dopiero po trzech zorientował się, jakich pasażerów wiezie i dokąd tak naprawdę zmierzają. Trasa była trudna, długa i – jak opisał – warta około tysiąca euro według licznika. A jednak kurs okazał się wyjątkowo opłacalny: dostał solidny napiwek, butelkę szampana i zaproszenie na sektor VIP.
Kuriozalna sytuacja! Rumuni rzucili się w pościg za samolotem kołującym po płycie lotniska
Dyrektorzy Juventusu dotarli na stadion dosłownie na ostatnią chwilę – 20 minut przed pierwszym gwizdkiem. Mimo całego chaosu podróżnego, zespół z Turynu nie zawiódł i wygrał 3:2 po golu Jonathana Davida w doliczonym czasie. Arktyczna odyseja zakończyła się więc happy endem – i trzema punktami.









