The Velvet Sundown – zespół, który ma setki tysięcy słuchaczy i który… nie istnieje
Czyli o największych oszustwach w historii muzyki słów kilka.
Słoneczne popołudnie. Kawka u kumpla. Kumpel ma ogród i trzyletnią córeczkę. A trzyletnia córeczka ma chińską maszynkę do generowania baniek mydlanych. Młoda chodzi po ogrodzie i z (nomen omen) dziecięcą łatwością materializuje dziesiątki – ba – setki migocących kul. Wtedy dotarło. Jesteśmy na równi pochyłej. Staczamy się. Ostatnimi czasy przyspieszając w tempie geometrycznym.
Jako przedstawiciel homo sapiens będę wobec macierzystego gatunku sceptyczny. Ale – obiecuję – skończę happy endem.
Niebezpieczny bańkotron
Można kupić w Action za kilkanaście zeta. Wkładasz dwie baterie AAA, wlewasz trochę dołączonego do zestawu płynu i jednym palcem naciskasz spust. Morze mydlanych baniek momentalnie wypełnia twój świat. Niepokojąco proste. Kiedyś trzeba było samemu zadbać o odpowiedni płyn, jego proporcje z wodą, słomkową rurkę, którą samemu trzeba było odpowiednio naciąć. Bo jak nacięło się nieodpowiednio, to z baniek były nici. No i najważniejsze – technika dmuchu. Radość z jednej dobrze wydmuchanej bańki była bezcenna! A teraz? Szkoda gadać.
Kalkulator, GPS itd.
Nie pamiętam, kto to powiedział, ale powiedział:
Człowiek każdym swoim wynalazkiem amputuje jedną ze swoich umiejętności.
Kalkulator. Rozleniwił mnie na tyle, że działania z kategorii 7×14 rozwiązuję z jego asystą. Wstyd się przyznać, ale tak jest. Zawsze to szybciej i pewniej. A bez GPS-a nawet we własnym mieście potrafię się poczuć jak dziecko we mgle. A co dopiero w innym.
Czy to nie jest tak, że człowieczy proces szukania rozwiązań i kreacji coraz bardziej sprowadza się do naciśnięcia odpowiedniego guziczka? Problem tkwi już nie tylko w tym, że stajemy się coraz głupsi i niezdolni do funkcjonowania bez naszych wynalazków. Również w tym, że stajemy się systemowymi oszustami.
Muzyczne oszustwo nr 1, czyli Beatlesi na niby
Czwórka z Liverpoolu oficjalnie zawiesiła działalność w 1970. Ale wiara fanów w to, że jeszcze razem coś nagrają wciąż żyła. I oto sześć lat później tajemnicza grupa Klaatu wydaje album 3:37 EST. Pewnie wydawnictwo przeszło by bez echa, gdyby tęskniący za swoimi idolami nie usłyszeli w muzyce Klaatu… Beatlesów! Na okładce nie znalazła się żadna informacja o składzie zespołu, ani o tym, kto te kompozycje napisał, a partie wokalne brzmiały jakby wyśpiewywali je Lennon i McCartney.
Wieść o tym, że Klaatu to Beatlesi pod inną nazwą, rozeszła się lotem błyskawicy, a wydawca płyty dostał najlepszą reklamę z możliwych. Prawda w końcu wyszła na jaw, ale panowie z Capital Records zdążyli swoje zarobić. Posłuchajcie, bo faktycznie podobnie to brzmi.
Muzyczne oszustwo nr 2 czyli śpiewać nie każdy może
Przypadek Milly Vanilly uznawany jest za największe muzyczne oszustwo w historii muzyki rozrywkowej. Dlaczego? Chyba ze względu na czas, przez jaki światu wciskano ten kit, osiągnięty poziom fame’u i na kasę, jaką na tym oszustwie zarobiono.
A było to tak. Muzyczny producent i kompozytor Frank Farian (to ten, co stoi za fenomenem Boney M.) w poszukiwaniu nowych źródeł dochodu natrafił kiedyś na duet marzących o karierze tancerzy. Zaprosił ich do studia. Ruszali się i wyglądali zjawiskowo. Ale był mały problem – kompletnie nie potrafili śpiewać.
Farian znalazł sposób. Zaprosił do nagrania debiutanckiej płyty wokalistów dublerów. Koncerty miały lecieć z pełnego playbacku. Machina ruszyła, a Milly Vanilly szybko zyskał globalną popularność. Z nagrodą Grammy włącznie.
Tama pęka
W końcu jednak szczelna tama tego megaoszustwa zaczęła pękać. Pierwsze wpadki playbackowe, strach przed zdemaskowaniem i ogólnie kiepska atmosfera w zespole doprowadziły do tragicznego końca tej farsy. Farian w końcu się przyznał, chłopaki też, fani dostali piany, a Grammy trzeba było grzecznie odesłać. Stare przysłowie pszczół mówi, że kłamstwo ma krótkie nogi.
Muzyczne oszustwo nr 3, czyli gdzie jest granica kłamstwa?
Nazywają się The Velvet Sundown, wydali trzy płyty, na Spotify mają prawie milion słuchaczy i nie istnieją. Da się? Da się.
Spotify, nie próbując niczego owijać w bawełnę, z rozbrajającą szczerością donosi:
The Velvet Sundown to syntetyczny projekt muzyczny, który powstał pod kierunkiem kreatywnego kierownictwa człowieka, a który został skomponowany, nagrany i zwizualizowany przy wsparciu sztucznej inteligencji.
To sprawnie zaaranżowany mechanizm: wytworzona muzyka, wygenerowane zdjęcia, biografia napisana przez ChatGPT, audio rozprowadzone przez DistroKid, a boty i algorytmy zrobiły resztę. W efekcie – sztuczny twór figuruje w oficjalnych statystykach, pobiera tantiemy, odsuwając realnych twórców od ich zarobku.
Ważne pytanie
Wygląda to na test pękających już granic. AI – fikcje, boty, farmy streamów. Mamy już do czynienia nie tylko z dezinformacją historyczną czy polityczną. To dezinformacja kulturalna. AI musical fraud to nowy, agresywny front. Chyba każdy z nas wkrótce będzie musiał odpowiedzieć sobie na pytanie o to, czy chce słuchać człowieka czy bota, tani, wygenerowany cyfrowo dźwięk czy droższą, ale prawdziwą, stworzoną przez prawdziwego człowieka, za którym stoi prawdziwe doświadczenie sztukę.
Wiecie co różni muzyczne oszustwa nr 1 i nr 2 od oszustwa nr 3? To, że przy Klaatu i Milli Vanilli ludzie nie mieli pojęcia, że są robieni w bambuko. W przypadku The Velvet Sundown mamy sytuację kuriozalną. Ludzie wiedząc, że są oszukiwani, tym bardziej chcą tego słuchać. Brzmienie sztucznych algorytmów staje się trendy. No to nie ma rady.
Happy End
Rozmawiałem niedawno z kumplem, mega sprawnym informatykiem, który, podobnie jak ja, jest starym fanem AC/DC. Siłą rzeczy zeszło i na AI. Pytam go: jak to widzisz? On mówi, że nie wygląda to za dobrze. Najbardziej niepokojąca jego zdaniem jest nieprzewidywalność i tempo, w jakim to coś się rozwija. Ale – dodaje – prawdziwi artyści mogą spać spokojnie. Optymistyczne ciepełko rozlało mi się w serduchu…
Myślisz, że AI kiedykolwiek będzie w stanie zastąpić kogoś takiego jak Angus Young?
Człowiek, jakkolwiek głupi, potrafi jednak ostatecznie wyczuć prawdę od fałszu. Oryginał od podróby. Wymagającą wartość od łatwo przychodzącej namiastki. A nawet, jeśli ma problem z odróżnieniem, to na pewno nie ma problemu z docenieniem. To dlatego właśnie vinyle kosztują więcej niż CD, obiad w renomowanej restauracji jest droższy od hamburgera, a za oryginalne rękodzieło jesteśmy w stanie dać nieporównywalnie więcej niż za szmelc z chińskiej fabryki.
Z muzyką (już teraz w to wierzę bardzo) będzie podobnie. Ludzie zachłysną się możliwościami, jakie daje tworzenie sztuki przez cyfrowe algorytmy. Ale po tym zachłyśnięciu się przyjdzie czas na refleksję i zweryfikowanie danych. Świat będzie podzielony na tych, którym wystarczy cyfrowy falsyfikat, oraz na tych, którym ten falsyfikat jednak nie wystarczy. Ci drudzy będą szukać w sztuce prawdy i człowieczeństwa. I będą ci drudzy za tą człowieczą sztukę płacić znacznie więcej niż teraz.
Wniosek: AI może w przyszłości pomóc prawdziwym artystom więcej zarabiać. I tej wersji będę się trzymać.
Adam Szewczyk
Gitarzysta, kompozytor, aranżer, felietonista. Człowiek o wielkiej ciekawości świata patrzący na rzeczy racjonalnie i przez pryzmat wiary. Absolwent Wydziału Jazzu i Muzyki Rozrywkowej Akademii Muzycznej w Katowicach. Wieloletni jej wykładowca.









