Moja Wielka Grecka Wyprawa, dzień 3. Węgierskie dziury i muzyka nieinstrumentalna
Jest środek nocy, budzimy się z powodu uciążliwego deszczu, który nie daje nam spać, dodatkowo powoduje to nasze niepewne nastawienie do całego dnia, jednak wraz z szybko upływającym czasem ilość ciekawych wątków wciąż się powiększa…
Pani gospodyni wstaje razem z nami i po rozmowie z Maćkiem postanawia dodatkowo ugościć nas wrzątkiem i kawą duuużym słoikiem miodu dla całej grupy.
Przed odjazdem robimy podział na grupy. Składy stanowią osoby grające i niegrające na instrumentach. Muzyczni ruszają, a Zosia przeprowadza sprawną rozgrzewkę, po której jesteśmy już przygotowani do drogi. Na pierwszym odcinku Michalina spotyka swojego znajomego ze studiów, który tuż przed swoją pracą towarzyszy nam, aż do granicy jego kraju – Słowacji.
Kilkukrotnie gubimy trasę i ledwo co udaje nam się uniknąć przypadkowego wjazdu na autostradę. Jednak większość tras stanowią przyjemne ścieżki rowerowe z malowniczymi krajobrazami pól przepełnionych złotymi słonecznikami, kukurydzą i gdzieniegdzie winnicami. Chwilę później, po przekroczeniu granicy węgierskiej, droga staje się nieprzyjemnie dziurawa. Jednak niektórzy uczestnicy nawet tego nie spostrzegają, gdyż są zajęci licznymi rozmowami.
Wspólnie zauważamy fakt, iż grupa nieinstrumentowa często umila sobie czas licznymi przyśpiewkami i grami słownymi. W przeciwieństwie do grupy drugiej. W grupie instrumentowych słychać jedynie ich grę na nienasmarowanych łańcuchach, jako skutek uboczny nocnego deszczu.
Czy to możliwe, że taki sposób spędzania czasu, z jaką jedzie do reszty roześmiana grupa, przyczynia się do ich ilości spożytkowanej siły? Dochodzi do momentu, w którym zamieniamy kolejność jazdy. Formułujemy się w „jedynki” i bezpiecznie wyprzedzamy się nawzajem, dyktując jeszcze większe tempo jazdy tego dnia.
Wspólną Mszę Świętą przeżywamy w zacienionym parku przykościelnym. Niezwykle otwarty proboszcz tego miejsca swoim łamanym, choć zrozumiałym polskim proponuje nam liczne udogodnienia. Bardziej niezrozumiałe dla nas okazują się kościelne dzwony, które biją nieregularnie, a do tego sfałszowane melodie. Nikomu się to nie podoba, jednak mimo tego modlimy się i odpoczywamy.
Przerwa i nadal utrzymująca się pozytywna atmosfera w grupie nieinstrumentowych powoduje, że na kolejny postój trafiamy 15 minut przed drugą grupą. Nieraz osiągamy prędkość 30 km/h, utrzymując ją przez parę kilometrów. Co ciekawe, na prowadzeniu są dziewczyny!
Szybkie zakupy i ruszamy dalej. Do samego końca humory nam się utrzymują. Zosia kontynuuje swoje postanowienie ćwiczenia pompek (no przecież nie tylko nogi muszą pracować). Chłopaki postanawiają zrobić to na wyższym poziomie. I to dosłownie! Pompki robią piętrowo, jeden na drugim. Ale czasu na wygłupy nie ma. Musimy gdzieś spać!
Nocleg znajdujemy sprawnie u kolejnego gościnnego proboszcza, dzięki któremu mamy prysznic, komfortowe miejsce do spania i lokalne napoje do kolacji. Jemy, myjemy się. W tak zwanym międzyczasie prowadzimy głębokie dywagacje m.in. na temat tego, czym ludzie kierują się w życiu. Zasypiamy pełni szczęścia i wdzięczności za tak wiele dobra jakie dziś otrzymaliśmy od Boga i ludzi.
Cecylia Wielgus
Bilans dnia:
- dystans: 182 km
- czas jazdy: 8 h 38 m
- suma przewyższeń: 645 m
- średnia prędkość: 21,1 km/h
Dystans całkowity: 519 km
Nocleg: Nagykölked, Węgry










