Moja Wielka Grecka Wyprawa, dni 5–6. Krok za krokiem w stronę weekendu
Umiemy cierpieć biedę, umiemy i obfitować. Do wszystkich warunków w ogóle jesteśmy zaprawieni.
Dzień 5. Sandalarze w kryzysie bezmyślności
Pijemy czarne mleko poranka. To nie jest kraj dla śpiących ludzi. Chcę wykorzystać ostatnie chwile z gorącym prysznicem i gdy o 4:50 inni pakują namioty, szybko idę wyparzyć sobie skórę, co może na jakiś czas ochroni mnie przed porannym chłodem. Działa. Moja błyskotliwość nie zna granic. Ale tylko, gdy wpłynie Mars. A Merkury jest w retrogradacji.
Jesteśmy gotowi do wyjścia, gdy nagle niebo rozcina błyskawica, a nieopodal rozlega się grzmot. W jednej chwili nastaje wielka ulewa, przez co decydujemy się opóźnić wymarsz i kolejne dwie godziny spędzamy przysypiając, przymierając i prowadząc dyskusje o ludziach w kryzysie bezmyślności – którymi jesteśmy.
Tutejszy gospodarz najwidoczniej zawczasu przeprowadza zaplanowany na jutro trening uważności, bo bacznie śledzi każdy nasz ruch. Przestaje padać, możemy iść, ale opóźnienie się zwiększa, bo ojciec jeszcze gotuje jajka. Chce nam się spać, więc mamy nadzieję, że na twardo.
Gdy wychodzimy, dołączają do nas dwa psy. Niezadowolone z dotychczasowego życia postanawiają coś zmienić. Uciekają z posesji. Andzia twierdzi, że to Jorguś i Achim. To dopiero początek ich imiennych metamorfoz.
Podchodzimy lekko błotnistą po deszczu drogą – czasy są ciężkie dla sandalarzy. Wobec tego ojca opanowuje pragnienie, żeby pójść korytem rzeki. Rzeka jest szeroka, kamienista, jak często z rzekami bywa, i płynie wartkim nurtem. Byłoby to zatem z pewnością wydarzenie pamiętne – w życiu może być w końcu albo łatwo, albo ciekawie. Ostatecznie jednak nie realizujemy zamysłu serca jego i zadowalamy się 15-minutową przerwą kontemplacyjną na wyszumienie się nad potokiem.
Dalej idziemy lasem, walczymy z grawitacją, własną wydolnością i nieudolnością. Upał się natęża, wychodzimy na asfalt, mamy coraz mniej wody. Marzymy: w Atenach czeka na nas wielka wanna z lodem. Trochę lodu byłoby dobre. Chociaż wystarczyłby może zimny prysznic. Właściwie, szklanka wody – to jest dopiero coś! Tak, chyba po prostu chce nam się pić.
Trasa prowadzi ponad rozległym, otaczającym nas z dwóch stron jeziorem, odsłaniając przed nami piękne widoki. Jeszcze kilka odcinków, przerw, zjedzonych w pośpiechu orzeszków i już po południu docieramy do naszego nie-miejsca noclegu. To mały, zamknięty kłódkami domek o okratowanych oknach, znajdujący się pośrodku niczego. Nie ma tu zupełnie nic i my niczego nie mamy.
Bezbronni i bezradni wobec potęgi świata, rozkładamy swoje karimaty na betonie, suszymy wilgotne namioty i ubrania. Pośród wielkiej przestrzeni krzątamy się i snujemy z kąta w kąt, jak dzieci rozproszone po całym świecie.
Wieczorem odkrywamy radość żywności liofilizowanej – szykowna to kolacja, więc zjemy i jeszcze nie pomrzemy. Przeżywamy Mszę. Przed nami gwiaździsta noc. Sakramenty, ludzie, przyroda. Tych troje. Wszystko jest.
Julia Kupiak
Bilans dnia:
- dystans: 18 km
- przewyższenia: 800 m
Nocleg: Aoos Springs Lake
Dzień 6. Iść, ciągle iść tym asfaltem…
Sobota! Zaczynamy weekend!
5:50 – pobudka. Budzikiem jest Aneta, a akcja zostaje przeprowadzona skutecznie. W naszej grupie nadal jest 26 osób i 2 psy. Spotykamy się o 7:00, modlimy się i prosimy o błogosławieństwo na kolejny dzień naszej Wielkiej Greckiej Wyprawy.
Krok za krokiem, ramię w ramię, idziemy asfaltem w stronę słońca. A tego dzisiaj jest całkiem sporo – zgodnie z naszą wspólną, demokratyczną decyzją.
Po drodze podziwiamy niesamowite krajobrazy: rozległe wzgórza, bujne trawy i zielone drzewa rozciągające się po obu stronach drogi.
Zadanie na dziś: być uważnym. Obserwować, co dzieje się w nas, pogłębiać sztukę refleksji, uczyć się zadawać pytania i szukać odpowiedzi. Idziemy dalej.
Na szlaku kilka razy zatrzymują nas psy pasterskie pilnujące owiec. Trzymamy się w grupie – w niej jest siła! Idziemy sprawnym krokiem, troszcząc się o siebie nawzajem.
Poza owcami spotykamy też gromadę koni i kilka byków przecinających nam drogę. Przechodzimy bezpiecznie. Kolejny etap za nami.
Około południa docieramy do Metsovo – naszego miejsca na dziś i jutro. Rozpoczynamy akcję szukania noclegów. Większość z nas rozchodzi się na cztery strony świata, a reszta pilnuje plecaków. Szukamy, pytamy, dzwonimy. Niektórzy nabijają kolejne kilometry w poszukiwaniu dachu nad głową.
Po raz kolejny doświadczamy, że Opatrzność nad nami czuwa. W ostatniej chwili, zamiast spać pod chmurką, znajdujemy nocleg w budynku lodowiska. Mamy prysznice, mamy wodę, mamy przestrzeń do spania – jesteśmy szczęśliwi.
Zanim zjemy i rozpakujemy się, spotykamy się na Mszę Świętą. Dzisiejsze czytanie zachęca do trwania w wierze. Ojciec przypomina główną myśl każdej wyprawy: idziemy na wiarę.
Uczymy się znosić różne warunki. Doceniać wodę – nieważne czy ciepłą, czy zimną. Dach nad głową, możliwość zrobienia zakupów, brak kolejnego pęcherza. Uczymy się powtarzać za św. Pawłem: „Umiem cierpieć biedę, umiem i obfitować. Do wszystkich warunków w ogóle jestem zaprawiony”.
Czas wolny. Jedni idą na pyszną kolację, inni gotują sami. Wszyscy robią zakupy na kolejne dwa dni. Wieczór spędzamy na rozmowach i byciu ze sobą nawzajem. Chętni grają w karty – jest wesoło.
Wspólny dzień kończymy modlitwą o 22:00. Dzisiejszego dnia pokonaliśmy w sobie i na szlaku 17 km oraz 350 m przewyższeń.
Beata Fleger
- dystans: 17 km
- przewyższenia: 350 m
Nocleg: Metsovo










