10 września| NINIWA Team

Moja Wielka Grecka Wyprawa, dni 8–9. Tsunami z liści i bestia z Metsovo

Czy po wczorajszym wymagającym dniu czeka nas jeszcze cięższe wyzwanie z podejściem na 2200 metrów, czy może prowadzący okażą się dziś łaskawsi?

Dzień 8. Porządny poniedziałek i tsunami z liści

Budzimy się w luksusowych, poniedzielnych warunkach o 4:50. Dziś trudniej wstać i spakować wszystkie przydasie – przez ostatnie dwa dni były porzucone tam, gdzie najwygodniej… Jedzenia też mamy więcej, zapasy zrobiliśmy na trzy dni. Choć myślę, że i na pięć by starczyło, a może nawet dłużej. Nie ma co zwlekać – choć chcielibyśmy pospać, wstajemy obudzeni zimnym wiatrem z otwartych okien. Jemy śniadanie – dziś owsiankę z popularnym tu tahini. I w całkiem dobrych humorach ruszamy.

Ponownie przemierzamy tę samą drogę do centrum co zwykle, ale na dole niespodzianka – Jorguś nas znalazł! Niestety na naszą niekorzyść, bo piesek miał być w najbliższym czasie odebrany przez właściciela. Podejmujemy różne próby, by nie szedł dalej z nami, ale na próżno – uznał nas za swoich towarzyszy. Ruszamy więc dalej z nadzieją, że los będzie dla niego łaskawy.

Dalej trochę pod górkę, ale trasa całkiem przyjemna – można najeść się dojrzałych jeżyn i pooglądać miasto z drugiej strony. Wyjadamy z plecaków ciężkie owoce, rzucając pestki z nadzieją, że kiedyś wyrosną tu drzewa. Może nasze dzieci dotrą w te strony i będą zrywać owoce?

Wkraczamy w las, który chroni nas przed słońcem. Ścieżka staje się coraz ciekawsza – stromo, sporo liści, na których łatwo polecieć w dół. Zaczyna się walka: iść dalej, zawracać, a może po prostu zsunąć się po liściach? Decyzja zapadła – idziemy. Przed nami trudny fragment, ale skoro ryzykować, to z wiarą. Jedni kroczą z dumą, głowy wysoko, by po chwili skończyć w stercie patyków. Inni poruszają się na czterech łapach, blisko ziemi, by uniknąć upadku. Ci, którzy dotarli pierwsi, odkładają plecaki i wracają po resztę.

Po długich zmaganiach wszyscy dochodzimy, pozostało tylko parę zadrapań. A zdjęcia jakie piękne! Trudno się nie uśmiechnąć, gdy ktoś zsuwa się kilka metrów w dół po liściach. Wspólnymi siłami docieramy w końcu do „ziemi obiecanej” – w tym wypadku płaskiego terenu.

Idziemy dalej ścieżką, która teraz wydaje się odpoczynkiem. Kolejny postój przy rzece. Głód zagląda do sakw, więc zajadamy rogale, czekolady, orzechy, a nawet powstają kanapki – przecież 8 minut to nie tak mało! Nagle pada kluczowe pytanie: „Kiedy obiad?”. Szybka decyzja – woda jest, miejsce jest, jedzenie też – gotujemy teraz!

Godzinna przerwa wcale nie wydaje się długa, gdy trzeba nabrać wody, wygrzebać składniki, ugotować na palniku i zjeść. A nawet umyć, bo nikt nie lubi brudnych menażek. Nasze danie jest wyśmienite – makaron wielozbożowy z pesto, tuńczykiem i awokado. Zaraz, skąd tu takie dobroci? A może to jednak była cukinia, która poddała się sile perswazji…

W dalszej drodze przychodzą trudniejsze chwile. Ostra góra, pełne brzuchy, a sił coraz mniej. Grozę budzą też słowa o. Dominika: „Wspierajmy się, bo to będzie ciężki czas dla grupy”. Silniejsi niosą rzeczy słabszych, tworzymy pododdziały o różnym tempie. Czekamy na siebie na zakrętach, żeby nikt nie zabłądził.

Po długim podejściu odpoczynek – wychodzimy z lasu i naszym oczom ukazują się piękne wzgórza. Dalej droga już prosta, choć daleka – okazuje się, że do najbliższej wioski dotrzemy dopiero około 20. Zapada decyzja: na najbliższym asfalcie ojciec i Andzia jadą stopem, by szukać noclegu. My zostajemy sami, idziemy szybko, skracając dystans, ograniczamy przerwy i ruszamy asfaltem w dół.

Po kolejnych godzinach marszu docieramy. Czeka na nas plac zabaw i rzeka – wszystko, czego potrzeba! Uniwersalna zasada znów się potwierdza – najpierw Msza, potem reszta. Nieliczni idą do knajpy, inni proszą tam tylko o wrzątek, a jeszcze inni, zmęczeni dniem, chowają się w namiotach.

Prysznic ma różne wersje: rzeka, zlew w łazience, a najwytrwalsi doczekali się nawet prawdziwego natrysku. Każdy znajduje swoją drogę i zadowolony kładzie się spać, z poczuciem satysfakcji po przejściu 28 km i 1300 metrów przewyższeń.

Kornelia Rzepczyk

Nocleg: Chaliki


Moja Wielka Grecka Wyprawa, dni 8–9 [ZDJĘCIA]


Dzień 9. Bestia z Metsovo poskromiona

Wygląda na to, że wszyscy wstali. Nawet Jorguś wydaje się zadowolony – całą noc przespał na suszących się ubraniach jednego z nas, a rano udało mu się jeszcze wyłudzić resztki śniadania od kilku zaspanych piechurów.

Na zbiórce o 6:15 zaczyna się narada dotycząca naszej najbliższej przyszłości – wybór trasy. Czy po wczorajszym wymagającym dniu czeka nas jeszcze cięższe wyzwanie z podejściem na 2200 metrów, czy może prowadzący okażą się dziś łaskawsi? Po 15 minutach intensywnych konsultacji zapada werdykt: 27 km asfaltem. „Nastały dobre czasy dla sandalarzy!”.

Rozpoczynamy podejście. Mimo asfaltu trzeba się wysilić, ale wystarczy obrócić głowę i spojrzeć na surowe szczyty dwutysięczników, które mogłyby dziś być miejscem naszych zmagań – od razu morale rośnie.

Podczas jednej z za krótkich przerw zatrzymuje się przy nas Toyota, a z niej wysiada uśmiechnięta para Greków. To szansa – próbujemy oddać Jorgusia w dobre ręce. Dzięki 126-dniowej serii Duolingo i tłumaczowi Google udaje się opowiedzieć jego historię i nakłonić ich do zabrania go ze sobą. Tak właśnie dokonuje się ostatnia metamorfoza jego imienia – od teraz to „Jorgi”.

Droga pnie się w górę. Niektórzy, chcąc przypomnieć stopom, że świat nie kończy się na asfalcie, przecinają serpentyny na skróty ostrymi zboczami. Na końcu jednego z nich czeka miła niespodzianka – uśmiechnięty Grek z pudełkiem lokalnych słodkości częstuje nas kaloriami i cukrem.

Po kilku kilometrach docieramy do najwyższego punktu dzisiejszej trasy. Z 1900 m n.p.m. podziwiamy widok okolicznych szczytów. I wtedy, niespodziewanie, błogi spokój zostaje zakłócony. Z jednego z plecaków wyłania się ONA…

Ważąca 400 g, mierząca 25 cm, zawierająca 2044 kcal w jednym opakowaniu – chałwa kakaowa, znana szerzej jako BESTIA Z METSOVO! Zbyt silna, by poskromić ją w pojedynkę. Krzysztof drżącymi rękami rozdziela monstrum między odpoczywających. Dzięki wspólnej walce udaje się ją pokonać.

Po tym sukcesie zaczynamy mozolne zejście w stronę miasta, gdzie czekają na nas dwie restauracje, źródło bieżącej wody i równa trawa, idealna na obozowisko.

Po wieczornej Mszy Świętej wszyscy chowają się w namiotach. Ale nie zasypiamy spokojnie – dobrze znamy grecką legendę, że Bestia z Metsovo jest jak hydra: gdy uda się ją poskromić, dwa kolejne opakowania pojawiają się w plecakach innych piechurów…

Mateusz Mrożek

Nocleg: Kalarrytes

niniwa.pl

Redakcja portalu niniwa.pl

WYDARZENIA Czytaj więcej
NAJNOWSZE WPISY: