9 sierpnia| NINIWA Team

Dzień 12 – Witamy Węgry!

Zbliża się koniec drugiego tygodnia wyprawy, można powiedzieć: „piątek – weekendu początek”… ale nie dla teamu NINIWY. Przed nami jeszcze cały dzień jazdy, no i oczywiście sobota. Jak minie dzień? Co nas czeka? Zapewne Pan Bóg ma plan, ciekawe co dziś dla nas przygotował.

Zaczynamy od pobudki. Tutaj wszystko w normie, o 5.00 Marcin swoim donośnym głosem spełnia obowiązek budzikowego.

Dziś kleryk Mateusz prowadzi modlitwę, a następnie dokonuje podziału. Jedziemy w dwóch grupach jak dotychczas. Pierwsza kolumna stworzona jest z osób, które aktywnie działają podczas Mszy (były odpowiedzialne za śpiew oraz czytania), druga kolumna to ci, którzy jeszcze nie dali rady podczas Mszy przeczytać lub zaśpiewać fragmentu Pisma Świętego. Ale spokojnie, każdy będzie miał swój czas.

Zanim ruszamy, mamy już pół godziny opóźnienia – kilku osobom bardzo wolno szło przygotowanie się do jazdy. Trzeba dodać, że dziś wyjeżdżamy w okrojonym składzie – Michał Szuścik po wczorajszej wywrotce nie może wyruszyć w trasę z powodu złego stanu roweru, a do tego dochodzi Ania, nasza mocna zawodniczka, która cierpi z powodu gorączki. Pojadą stopem w poszukiwaniu części i by wyzdrowieć.

Wyjeżdżamy na drogi Rumunii, gdzie pierwsze 50 km zaczyna się od podjazdu, i to dosyć stromego. Całkiem dobra rozgrzewka na cały nadchodzący dzień. Po dotarciu na szczyt czekamy na wszystkich i zaczynamy zjazd. Podczas zjazdu można nabrać sporej prędkości, ale wszystko w granicach rozsądku i bezpieczeństwa. Zaczyna się płaska droga. Po pokonaniu około 50 km, które przejeżdżamy ze średnią prędkością 27 km/h, zatrzymujemy się przy sklepie na dokładnie pół godzinki.

Zbieramy siły, nawadniamy się, robimy szybkie zakupy i lecimy dalej. Po kilkunastu kilometrach dojeżdżamy do Oradei. Gromadzimy się i jedziemy wspólnie przez ostatnie już duże rumuńskie miasto. Po pokonaniu go brakuje nam jeszcze kilku kilometrów, aby wjechać na Węgry. Mówi się: „Polak, Węgier, dwa bratanki…” – ciekawe, czy będzie można tutaj liczyć na pomoc ludzi. Jeszcze przed wjazdem do tego kraju dołącza do nas Ania. Mimo iż nie doszła jeszcze w 100% do sił, zaciska zęby i kolejny raz udowadnia swoją moc – jedzie z nami.

O godzinie 11 przekraczamy granicę. Wszystkie formalności załatwiamy bezproblemowo, jedynie Halinka, nasza jedynaczka z Ukrainy, przechodzi dodatkową kontrolę.

Kolejne kilometry, już na terenie Węgier, jedziemy w coraz większym upale. Następuje przerwa, robimy zakupy, przygotowujemy obiad, potem ojciec planuje resztę dnia. Podczas przerwy Karolina Kurcius źle się czuje, bolą ją głowa i brzuch. To kolejna ofiara wymęczona przez słońce. Od jednego z mieszkańców załatwiona zostaje zimna woda na ochłodę, po czym Karolina rusza w dalszą drogę razem z nami.

Przerwa kończy się o 12.45, organizujemy się i jedziemy dalej. Zyskaliśmy godzinę, którą straciliśmy przez zmianę strefy czasowej na Ukrainie. Planujemy przejechać 25 km i zrobić przerwę na Mszę i naładowanie baterii.

Jedziemy w ponad 40 stopniach, wszyscy jesteśmy potwornie zmęczeni. Zjeżdżamy z głównej ulicy i docieramy do gospodarza węgierskiego, który udostępnia szlauch z wodą; są tam także wychodek, sporo cienia i sala, z której można skorzystać do odprawienia Mszy.

O 14.30 zaczynamy Eucharystię. Podczas głoszenia słowa Bożego ojciec Tomek mówi o Edycie Stein, o jej zawziętości, wierności swojej woli. Nakłania nas do akceptacji trudnych sytuacji, walki z przeciwnościami i dążenia do świętości. Tak jak dziś walczymy ze słońcem i pokonujemy kolejne kilometry, tak powinniśmy każdego dnia zwalczać przeszkody na naszej drodze. Pod koniec ogłoszeń w sali pojawia się ptaszek i wywołuje dużo radości. Górnik wybawca łapie ptaszka i wypuszcza go na wolność.

Po Mszy mamy pół godziny na relaks i przygotowanie do wyjazdu. W międzyczasie dostajemy informację od Michała, który już był w sklepie rowerowym, zakupił potrzebne części i naprawił swojego rumaka. Pędzi ile sił w naszym kierunku, mamy nadzieję, że za chwilę do nas przybędzie i ruszymy już całą paczką w kierunku Budapesztu. 15.50 – właśnie dotarł do nas Michał, pewnie przerwa zostanie przedłużona o kilka minut, żeby ochłonął po samotnej jeździe.

O 16.00 zaczynamy koronkę. Kończymy i w drogę! 16.45 ruszamy. Jedziemy po zakupy na kolację i śniadanko do oddalonego o około 25 kilometry marketu. Słońce powoli zachodzi, ale dziś utrwaliło naszą opaleniznę rowerzysty na długi czas.

Podczas przerwy kolejny raz jeden z uczestników, tym razem Magda Mazur, kupuje każdemu lody dla ochłody, bo słońce dziś dawało mocno. Magda opuszcza ekipę NINIWY po weekendzie i żegna się z ekipą w sposób szczególny.

Po miłym czasie spędzonym w kółeczku zbieramy się i lecimy szukać noclegu. Jedziemy kilka kilometrów, pytamy napotkanych mieszkańców, ale nie są chętni do przyjęcia tak licznej grupy. Już odczuwamy różnicę w podejściu do nas pomiędzy krajami takimi jak Ukraina i Mołdawia a właśnie Węgrami. W końcu znajdujemy nisko przyciętą trawę przy Tesco, gdzie się rozbijamy. Niektórzy korzystają z ubikacji znajdującej się w markecie w celu umycia się. Inni wyruszają na poszukiwanie uprzejmych ludzi, którzy zechcą udostępnić wodę. Warto dodać, że dziś Piotrek Bąk prowadził nas w dosyć żwawym tempie przez cały dystans. Ciężka praca, którą dziś wykonaliśmy za sprawą Pitiego, spowodowała, że potrzebowaliśmy sporo wody, aby zmyć brud i pot.

Bilans dnia:

  • 167 km

Nocleg:

przy Tesco w miejscowości Karcag

Trasa:

Przejechanych do tej pory kilometrów: 1719

Marcin Szuścik

Członek ekipy biura NINIWY. Młody mąż i ojciec. Uczestnik wypraw NINIWA Team. Triathlonista amator.

WYDARZENIA Czytaj więcej
PRZECZYTAJ TAKŻE