5 września| Artykuły

Spójrz w górę

Nie wiem tylko, czy młyn, jaki teraz kręci się z dużą rotacją w moim życiu (nie tylko moim zresztą) to bezpośredni efekt poluzowania obostrzeń. Mam wrażenie, że wszyscy chcą teraz wszystko nadrobić. Odzyskać stracone z powodu covidowego szaleństwa czas, pieniądze i szanse. Jakiś amok.

Zajmuję się kilkoma sprawami jednocześnie. Nie jest mi z tym za dobrze. Wydajność każdego procesora ma swoje granice. I nagle dostaję olśnienia. Na chwilę podnoszę głowę do góry. Oczy z rozkoszą zatapiam w błękitnym, udekorowanym kilkoma chmurkami niebie. Zastygam. 

Cudowne nieznaczenie

Człowiek (zwłaszcza ten z gatunku homochristian) musi zmieścić w sobie pewien paradoks. Z jednej strony bowiem odkrycie własnej nicości jest konieczne, by dostrzec swoje miejsce w szeregu. Z drugiej, Wszechmogący Bóg zdążył skutecznie go przekonać (człowieka), że jest dla niego najważniejszy w całym wszechświecie. Cox Brian, który nadmiarem religijności raczej nie grzeszy, status człowieka określił tak: cudownie nieznaczący. Podoba mi się. Bo jest w tym określeniu ukryta tajemnica naszego szczęścia. Co nią jest? Zacznę od końca. Problemy człowieka zaczynają się w momencie, gdy próbuje być bogiem. Kiedy nie akceptuje swojej zależności, kruchości i życiowej historii. Kiedy bierze sprawy w swoje łapy, napina mięśnie i pełen wiary we własne siły realizuje życiowe auto-projekcje. Takie są warunki eksmisji z raju. Skrzętnie ukrywaną przez naszego śmiertelnego wroga prawdą jest ta, że odkrywanie bycia nic nieznaczącym jest w istocie drogą ku szczęściu. Paliwem wolności. Cudownym doświadczeniem.

Im mniej, tym więcej

Ekonomia Bożej miłości jest jakimś paradoksem. Przynajmniej w zderzeniu z logiką świata. Zakłada, że możesz być wszystkim będąc nikim. Że możesz dostać wszystko, nie zasługując na nic. Że słabość może być największą siłą. Świat tak daleko oddalił się od TEJ miłości, że jest ona dzisiaj postrzegana jak kosmiczny absurd. Jak utopia. Szaleństwo. Na wszystko musisz zasłużyć. Wszystko musisz wypracować. Za darmo umarło.

Zainfekowani tym wirusem budujemy imperia naszych możliwości i znaczeń. I kompletnie nie potrafimy zaakceptować bycia nikim. Bo to oznacza śmierć naszego istnienia. Miłość jest faktem. Prawdą. Osobą. Bóg nigdy nie mówił, że musimy na Jego kochanie zasługiwać. Nigdy nie mówił, że nasza wartość jest zależna od czegokolwiek. On chce po prostu dawać. My musimy tylko przyjmować. Za darmo, z najprostszą wdzięcznością i bez jakichkolwiek oczekiwań. A to wymaga pokory. I tu jest problem.

Chwała

Ojciec proponuje zmagającemu się z wyzwaniem synkowi swoją pomoc. Młody protestuje – nie, ja chcę sam! Chcieć satysfakcji z tego, że się samemu coś zrobiło to nic złego. Zupełnie naturalna sprawa. Ale czai się tu pewne niebezpieczeństwo. Bo smak tej satysfakcji uzależnia. I to mocno. Ostatecznie sfokusowanie na punkcie chwały własnej staje się przekleństwem życia.

Kolejność jest taka: pragnienie – działanie – satysfakcja. I sam nie wiem czy to pieniądz czy chwała są moją najbardziej pożądaną satysfakcją. To nasze odwieczne uwikłanie w grzech sprawia, że nie jesteśmy za bardzo zainteresowani działaniami, które nie gwarantują nam afirmacji świata. Nie wystarczy, że coś jest piękne, wartościowe, pożyteczne. Musi jeszcze (a może przede wszystkim) potwierdzić naszą wartość i zasilić konto chwały własnej. Życie w poczuciu, że nic nie jest naszą zasługą i że aplauz nam się nie należy staje się nie do zniesienia. Więc odwracamy się od Boga, wykrzykując Mu w twarz – nie, ja chcę sam!

Lżejszy niż ptak

To spojrzenie w niebo jest genialne. Tak bardzo nie ogarniamy bezmiaru wszechświata, tak bardzo nie jesteśmy w stanie realnie wpłynąć na jakikolwiek, najmniejszy nawet jego fragment, tak bardzo jesteśmy nic nieznaczącym pyłkiem. A jednocześnie każdy z nas czuje, że jest kimś. Że nie jest dziełem przypadkowej reakcji biochemicznej. Że jest po coś. Takie rozkminy to jedna z dróg odkrycia Boga. Jakoś Jedyny musi nam pozwolić do siebie dotrzeć. Cudownie jest rozkoszować się pięknem życia tak po prostu. Dla samego tego piękna. W zupełnym oderwaniu od swojego egocentrycznego radaru. Od chorej kalkulacji strat i zysków. Zamiast umierać z zazdrości cieszyć się czyimś szczęściem. Zamiast własnej korzyści, szukać dobra sprawy. Zamiast przeklinać, błogosławić za to jak jest. Bez względu na to jak jest.

Pragnienie-działanie-satysfakcja

Sam Bóg wlewa w nasze serca pragnienia. Daje nam możliwości by je realizować. I nie widzi nic złego w tym, że przeżywamy pełne satysfakcji chwile. Ale jak chcemy by to wszystko działało jak trzeba, musimy co jakiś czas spoglądać w niebo. I codziennie aktualizować stan właściwej auto-świadomości. Łatwo mi się pisze. Żyć w taki sposób to najtrudniejsza rzecz na świecie. Nic dziwnego, skoro dla tej sprawy wylało się morze Przenajświętszej Krwi. Ktoś nam tą wolność kupił. I daje nie oczekując w zamian ani grosza. Brać! Zawsze mówiłem, że najlepsze co może człowiek zrobić dla siebie, to o sobie zapomnieć. To taki dobry egoizm. Kochanie samego siebie, o którym wspominał Jezus. To prawda – jesteś pyłkiem we wszechświecie. Ale pyłkiem, który dla Boga jest całym wszechświatem. Jeśli możesz, spójrz teraz w niebo. W tą otchłań nieskończoności. Wyczuwasz tą miłość?