1 września| NINIWA Team

Moja Wielka Grecka Wyprawa, dzień 1. Pierwszy dzień, czyli drzemka gdzie popadnie

Pierwsze doświadczenia drogi pod górę, ciężkiego plecaka i drapiących konarów…

Dzień zaczynamy o 6:00. Nieco wcześnie, skoro wymarsz dopiero o 8:30, ale przecież mamy czas… Taktyki są różne – jedni pakują się szybko i wracają do snu, inni przez dwie godziny próbują opanować własny rozgardiasz. Patrząc na niektórych, sami się zastanawiamy, czy rzeczywiście wstali tak wcześnie i zdążyli się zebrać, czy może w ogóle nie szykowali się do snu.

Już wiemy – raczej to drugie. Ostatnie osoby dotarły między 2 a 3 w nocy, więc dla nich cały dzień jest jednym wielkim poszukiwaniem okazji do drzemki.

A okazji wcale nie zabraknie – przed nami prawie 200 km drogi, zanim dostaniemy się na szlak. Jedni więc śpią, inni korzystają z luksusu prysznica, a jeszcze inni wybierają się na pierwszą grecką kawę. Ostatnia drużyna nie musi iść daleko – wystarczy przejść na drugą stronę ulicy, gdzie znajduje się kawiarnia naprzeciwko kościoła. Kilku śmiałków poszukuje jeszcze warzywniaka, niestety bezskutecznie. Reszta odsypia.

Zbiórka odbywa się na spokojnie, bo choć nie mamy planu, to wiemy, że następnym punktem programu jest spotkanie na peronie o 11:00. Dojście zajmie około godziny marszu. Zadania po drodze są różne – zakup butli z gazem, pierwsze zakupy czy inne drobiazgi. My kierujemy się trasą wzdłuż portu, by nacieszyć oczy wodą. Ostatecznie wszyscy spotykamy się w Lidlu, gdzie robimy zakupy partiami, a potem każdy dociera na peron we własnym tempie.

Tam przychodzi czas na pierwszą drzemkę dla najbardziej sennych. Ojciec powtarza, że „słabość to nie grzech”, więc piechurowi nie straszne nawet spanie na podłodze na środku galerii handlowej. Widok plecaków rozłożonych w stosy, wśród których ktoś drzemał, nie robi już na nikim większego wrażenia. Kupujemy bilety i czekamy dalej – autobus rusza dopiero po 12. Akcja szukania drzemek trwa, więc parę osób ponownie ulega pokusie.

Moja Wielka Grecka Wyprawa, dzień 1 [ZDJĘCIA]

Kolejny autobus, kolejna drzemka – i w końcu jesteśmy na miejscu. Czeka nas rozgrzewka wyprawowa: 7,7 km trasy i 500 m przewyższenia. Morale wciąż wysokie, wokół piękne widoki, więc idziemy z entuzjazmem. To pierwsze doświadczenia drogi pod górę, ciężkiego plecaka i drapiących konarów. Po drodze nie brakuje też atrakcji – omijamy powalone drzewa, robiąc przy tym różne wygibasy. Po dwóch postojach docieramy do mieściny, a rozmowy toczą się żywo – w końcu musimy się dobrze poznać!

Naszą uwagę od razu przykuwa stary plac zabaw – miejsce idealne na pierwszy nocleg. Część grupy zostaje z plecakami, a reszta idzie pytać sąsiadów, co powiedzą na nasze towarzystwo. Trafiamy na miłego starszego Greka, który cierpliwie tłumaczy nam coś po swojemu. Daru rozumienia języków jeszcze nie mamy (a przydałby się, Panie Boże!), więc rozmawiamy na migi. I okazuje się, że nie zawsze trzeba rozumieć słowa, by pojąć intencje.

Pan wskazuje inne miejsce, ale nam ten plac wyjątkowo przypadł do gustu – jest woda pitna, a piechurom nic więcej nie trzeba. Trochę obawiamy się niedźwiedzi, bo podobno grasują w okolicy. Starszy Grek uspokaja nas jednak, że do takiej gromady nie przyjdą. Ma rację, więc zostajemy.

Rozbijamy namioty, potem Msza Święta i kolacja. Pierwsze wieczory w trybie campingowym zawsze trwają dłużej, więc uzbrajamy się w cierpliwość. I nagle – niespodzianka! Wszyscy spokojnie szykują obozowisko, gdy pojawia się piesek, który koniecznie chce się bawić. Hyc – zaczepia, hyc – podskakuje i… kapelusz porwany! Na szczęście nie uciekł daleko i szybko wrócił do właściciela cały i zdrowy. Musimy jednak uważać na takie psoty.

Potem już wspólne gotowanie, posiłek w naszej małej wspólnocie i przygotowania do snu. Nad nami gwieździste niebo. Kładziemy się z nadzieją na piękne jutro.

Kornelia Rzepczyk

niniwa.pl

Redakcja portalu niniwa.pl

WYDARZENIA Czytaj więcej
NAJNOWSZE WPISY: