Moja Wielka Grecka Wyprawa, dzień 29. Na taki nocleg warto jechać po największych dziurach!
Być może od tego dobrobytu niektórym już się w głowach przewraca, bo kilometr przed postojem Jędrzej rzuca pomysł: zamieńmy się rowerami!
„Pobudka! Już piąta!” – rozlega się głos Kuby, naszego budzikowego. Wstajemy spokojnie. Ekipa Cecylii, która dowodziła sprzątaniem, spisała się na medal i zostawiamy mieszkanie lśniąco czyste. Przed odjazdem jeszcze szybki serwis roweru Janka, któremu odpadła śruba od bagażnika.
Zuzia wpada na pomysł, by zdalnie ustalać podział: pizza czy pierogi, cisza czy muzyka w trakcie jazdy. Szybki, „cygański bazarek” w kółku – fantów jest dużo, bo dom był duży. Walutą są niezmiennie pompki.
O 6:05 ruszamy wypoczęci, w tle towarzyszy nam muzyka z głośnika. Naszym oczom ukazuje się kolejny wschód słońca. To wspaniałe doświadczenie widzieć ich tyle podczas wyprawy, dodaje otuchy o poranku!
Kilometr przed pierwszym postojem Aleksander łapie gumę. Postanawiamy, że reszta jedzie dalej, żeby cieszyć się przerwą pod sklepem, a nie na poboczu. Krystian pomaga, i raz, dwa – jesteśmy gotowi na śniadaniowe zakupy.
Sklep jak sklep, śniadanie jak śniadanie – to już piąty tydzień. Fajną nowością są bufety w marketach z gotowymi, ciepłymi posiłkami na wagę. Zostało nam już tylko kilka dni, więc coraz częściej wybieramy tę opcję. Wielu z nas czuje coraz mniejszą presję czasu. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo ostatecznie spóźniam się na zbiórkę. Ups!
Drugi odcinek 45 km pokonujemy spokojnie i bez niespodzianek. I – być może od tego dobrobytu – niektórym już się w głowach przewraca, bo tymczasem w pierwszej grupie, kilometr przed postojem, Jędrzej rzuca pomysł: zamieńmy się rowerami!
Grupa podchwytuje myśl, a dalsza droga mija wśród radosnych okrzyków i dobrej zabawy. Niektórzy jadą na korbach przystosowanych do bitów SPD w zwyczajnych butach i na odwrót. Ważne, że docierają na przerwę krótko po nas.
Obok sklepu dostrzegamy park, a na jego końcu cmentarz z żydowskimi nagrobkami. Jest cień, czyli wszystko, co potrzebne na obiad i drzemkę.
Czas mija, a my debatujemy nad przyszłorocznym kierunkiem wyprawy. Padają coraz to nowe pomysły, ale zadanie nie jest łatwe – gdzie jeszcze nie było NINIWA Team? Niech ta narada pozostanie tajemnicą aż do ogłoszenia konkursu, co nastąpi jesienią przy okazji premiery książki z tej wyprawy!
Gwizdek, modlitwa, błogosławieństwo. Rusza pierwsza grupa, druga wsiada na rowery i nagle ktoś dostrzega w oddali śpiącego Krystiana, naszego technicznego. Pada pomysł, żeby się schować i do niego zadzwonić, ale to zbyt ważny członek wyprawy, by z niego żartować. Budzimy go i na spokojnie podłączamy głośnik do powerbanka, żeby mieć więcej mocy.
Ruszamy. Po chwili widzimy pierwszą grupę, co nas zaskakuje, bo przecież wystartowaliśmy z opóźnieniem. Muzyka dodaje nam energii i depczemy im po piętach, ale nie wyprzedzamy – droga jest zbyt dziurawa. Jazda z prędkością 20 km/h jest znośna, ale przy 30 km/h za bardzo trzęsie. Robimy więc krótki postój na tzw. „sikundę” i rozpoczynamy pościg.
Pierwsza grupa – widząc, że ich doganiamy – puszcza nas przodem. Przejmujemy od nich ojca-lidera i lecimy naprzód. Pędzimy na nocleg do polskiej parafii personalnej w Budapeszcie.
Przyjmują nas z uśmiechem, a warunki są świetne: pokoje, jadalnia, kuchnia, a nawet klimatyzacja… To luksus, jakiego mało na wyprawie! Śpiewamy Apel i dziękujemy Bogu za wspaniałe miejsce i weekend w środku tygodnia.
Wychodzi pani prezes obiektu i robimy sobie wspólne zdjęcie. Szybkie ogłoszenia w kółku i robimy szturm na łazienki – każdy chce lecieć na miasto. Około 17:00 większość jedzie już metrem do centrum zwiedzać miasto i łapać chwilę oddechu.
Adam Ludwisiak
Bilans dnia:
- dystans: 151 km
- czas jazdy: 6 h 58 m
- suma przewyższeń: 235 m
- średnia prędkość: 21,7 km/h
Dystans całkowity: 3808 km
Nocleg: Budapeszt, Węgry










