Pojechałam do Armenii, żeby służyć. Wróciłam obdarowana
Niektóre pragnienia potrzebują czasu, żeby stać się konkretnym planem. Tak było również ze mną. Dla mnie takim pragnieniem od dawna była misja. Nie spektakularna idea „wyjazdu gdzieś daleko”, ale coś znacznie prostszego i głębszego: obecność wśród ludzi, dzielenie się swoim czasem, wiarą i doświadczeniem Kościoła w jego najbardziej żywej, wspólnotowej formie.
Dziś mogę powiedzieć, że to pragnienie stało się rzeczywistością. Jestem już po wolontariacie misyjnym. „Po” w sensie fizycznym, bo sama misja nadal we mnie żyje. Zostały wspomnienia, konkretne twarze, gesty, dźwięki i sytuacje, do których wracam znacznie częściej, niż zakładałam.
Droga, która zaczęła się wcześniej
Nie od zawsze wiedziałam, jak mogłaby wyglądać moja „misyjność”. Przez długi czas było to jedynie pragnienie, a nie konkretne działanie. Z czasem zaczęłam jednak odkrywać, że misja nie zaczyna się w momencie wyjazdu, ale znacznie wcześniej – w sercu, w decyzjach i przede wszystkim w spotkaniu z drugim człowiekiem.
Moja droga do Armenii rozpoczęła się w Kokotku, podczas formacji Wolontariatu Misyjnego NINIWA przy Oblackim Centrum Młodzieży. To tam, krok po kroku, przygotowywałam się do wyjazdu razem z osobami, z którymi później miałam dzielić tę niezwykłą codzienność. Formacja była czymś więcej niż tylko przygotowaniem organizacyjnym. Była czasem pytań o sens, gotowość do służby i o to, czym naprawdę jest bycie dla drugiego człowieka.

Tam coraz wyraźniej rozumiałam, że misje nie są pojedynczym wydarzeniem rozpoczynającym się w chwili wejścia do samolotu. Są drogą, która zaczyna się znacznie wcześniej. Nie trzeba mieć odpowiedzi na wszystkie pytania, żeby zrobić pierwszy krok. Czasami wystarczy zgodzić się na to, żeby wyruszyć, mimo własnych obaw i braku pewności, czy rzeczywiście damy sobie radę.
Na miesiąc do Armenii wyjechałam razem z dwiema koleżankami z formacji – Izą i Kingą. Naszym miejscem posługi był Erywań i Ośrodek Betlejem, prowadzony przez siostry misjonarki miłości. Jest to dom dla osieroconych dzieci z niepełnosprawnościami.
Przed wyjazdem miałam wiele pytań: czy będę wiedziała, co robić? Czy znajdę wspólny język z dziećmi? Czy poradzę sobie z widokiem ich cierpienia? I czy będę potrafiła być naprawdę pomocna? Dziś wiem, że nie potrzebowałam znać odpowiedzi na wszystkie z tych pytań. Niektóre rzeczy można zrozumieć dopiero wtedy, kiedy przestaje się o nich myśleć, a zaczyna się po prostu działać i być obecnym.

Codzienność w Betlejem
Każdy dzień wyglądał podobnie i miał swój ustalony porządek. Około 7.30 jadłyśmy śniadanie, a o 8.00 rozpoczynałyśmy pierwszy apostolat, który trwał do południa. Potem była przerwa obiadowa, a od 15.00 do 18.00 wracałyśmy na drugą zmianę. Najważniejszym momentem każdego dnia była oczywiście msza Święta. Była odprawiana po angielsku, więc na początku nie wszystko było dla mnie oczywiste. Z czasem jednak coraz bardziej oswajałam się z tym językiem i z samym rytmem liturgii. Najbardziej zapamiętałam śpiew sióstr. Było w nim coś bardzo prostego, a jednocześnie pięknego. Po całym dniu spędzonym z dziećmi, wśród zabawy, śmiechu, płaczu i codziennych obowiązków, przychodził moment wyciszenia. Można było na chwilę zatrzymać się, odłożyć wszystko, co wydarzyło się w ciągu dnia, i po prostu pobyć z Bogiem. Ta msza była też dla mnie przypomnieniem, że choć znalazłyśmy się daleko od Polski, Kościół nadal jest tym samym miejscem spotkania.
W Betlejem były dzieci w różnym wieku, a dom był podzielony na dwa piętra. Na jednym znajdowały się dzieci starsze, na drugim te młodsze – od niemowląt do kilkuletnich maluchów. W zależności od dnia przebywałyśmy na obu piętrach, starając się poświęcić czas wszystkim.
Naszym głównym zadaniem było to, co z zewnątrz może wydawać się bardzo proste: zabawa, karmienie, opieka nad dziećmi, przytulanie, śpiewanie i zapewnianie maluchom uwagi. W rzeczywistości właśnie ta prostota okazywała się najbardziej wymagająca. Trzeba było zwracać uwagę, które dziecko czego potrzebuje, które już jadło, które potrzebuje, żeby je wziąć na ręce, które potrzebuje spokoju, a które wręcz przeciwnie.
Wolontariat miał też bardzo zwyczajną, fizyczną stronę. Zamiatałyśmy, ścierałyśmy kurze, myłyśmy podłogi, zmywałyśmy naczynia, sprzątałyśmy taras i ogród, robiłyśmy pranie i wieszałyśmy je. Prania było naprawdę dużo, zwłaszcza że siostry wykonywały je ręcznie. Nie było więc jednego wielkiego zadania, które można wykonać i odhaczyć. Była codzienność, która następnego dnia zaczynała się od nowa.
I chyba właśnie to było w tym wszystkim najbardziej prawdziwe. Misja nie składała się wyłącznie z pięknych momentów, wzruszających spotkań i ważnych rozmów. Czasami wyglądała jak podłoga, którą trzeba było ponownie umyć, jak sterta ubrań do rozwieszenia, zmęczenie po kilku godzinach opieki nad dziećmi albo konieczność ponownego posprzątania tego, co przed chwilą zostało już uporządkowane.
Nauczyć się każdego dziecka
Na początku wszystko było nowe: imiona, twarze, gesty i potrzeby dzieci. Dodatkowym wyzwaniem była mieszanka języków – angielskiego, rosyjskiego, ormiańskiego, a czasem także polskiego. Z dziećmi i siostrami porozumiewałyśmy się przede wszystkim po angielsku, ale nie wszystkie rzeczy dało się wyrazić słowami.
Po około tygodniu zaczęłam już rozpoznawać, kto jest kim, które dziecko lubi konkretną zabawę, które bardziej potrzebuje uwagi, a które jest spokojniejsze. Wiedziałam, kto reaguje na śpiewanie, kto uśmiecha się na określony dźwięk, a kto najchętniej po prostu siedzi obok człowieka.
Każde dziecko trzeba było poznać osobno. Nie dało się zastosować jednej metody do wszystkich. Niektóre dzieci bardzo wyraźnie domagały się obecności – krzyczały i wyciągały ręce, prosząc o uwagę dorosłego. Inne były ciche, spokojne, często po prostu leżały i nie dawały wielu sygnałów, że czegoś potrzebują. A jednak wystarczyło czasem wziąć takie dziecko na ręce, usiąść z nim, coś powiedzieć, zaśpiewać albo po prostu pobyć obok. Wtedy na twarzy pojawiał się uśmiech. Niekiedy bardzo delikatny, prawie niezauważalny, ale wystarczający, żeby zobaczyć, że ta obecność ma znaczenie.
To były momenty, które szczególnie mnie poruszały. Uświadamiały mi, że nie każde dziecko potrafi upomnieć się o uwagę. Niektóre nie zapłaczą, nie zawołają, nie wyciągną rąk. Po prostu będą leżeć i czekać. Tym bardziej trzeba było nauczyć się patrzeć uważniej.
Jednocześnie nie dało się być w tym samym czasie dla wszystkich. Dzieci było dużo, a każde miało własne potrzeby. Jedno chciało być przytulone, drugie chciało się bawić, inne potrzebowało nakarmienia, a jeszcze inne zwyczajnie oczekiwało czyjejś obecności. Chciałyśmy, żeby żadne nie zostało pominięte, ale szybko zrozumiałyśmy, że nie zawsze jest to możliwe w takim stopniu, w jakim byśmy chciały.
Obraz, którego nie da się zapomnieć
Jest jednak jeden obraz, który szczególnie został mi w pamięci. Kilka dni wcześniej usłyszałam o jednym z chłopców, który często brał zabawkowy telefon i udawał, że rozmawia z mamą. Później sama zobaczyłam go w takiej sytuacji. Trzymał telefon przy uchu, uśmiechał się i coś opowiadał, prawdopodobnie po ormiańsku. Nie rozumiałam ani słowa, ale wyglądał na naprawdę szczęśliwego.
Stałam obok i przez chwilę po prostu patrzyłam. Wiedziałam, że to zabawkowy telefon. Wiedziałam też, że po drugiej stronie nie ma mamy. Nie podeszłam, nie przerwałam tej zabawy. Zostałam z tym obrazem, który z jednej strony był zupełnie zwyczajny, a z drugiej miał w sobie coś przejmująco smutnego.
Dziecko bawiło się tak, jak bawią się dzieci. Uśmiechało się, opowiadało, prowadziło swoją małą rozmowę. A jednak ta scena przypomniała mi, że za codziennością tego domu kryją się historie, których nie da się łatwo przyjąć ani zrozumieć.

Na początku trudno było mi pojąć, dlaczego te dzieci muszą mierzyć się z taką rzeczywistością. Czułam ogromną niesprawiedliwość. Były momenty, w których pojawiało się pytanie: dlaczego właśnie one? Dlaczego jedne dzieci dorastają w bezpiecznych domach, otoczone rodziną, a inne od początku życia muszą mierzyć się z brakiem tego, co dla większości z nas jest czymś oczywistym?
Nie znalazłam na te pytania odpowiedzi. Być może misja nie zawsze polega na tym, żeby je mieć. Czasami polega na tym, żeby nie odwrócić wzroku i pozostać obok, nawet jeśli nie można naprawić całej sytuacji.
Troska, która czasem wymaga powiedzenia „nie”
Wolontariat nauczył mnie także, że troska o drugiego człowieka nie zawsze wygląda tak, jak wcześniej sobie ją wyobrażałam. Był czas na zabawę, śpiewanie, rozmowę i okazywanie dzieciom czułości, ale były też sytuacje, w których trzeba było jasno wyznaczyć granicę.
Dzieci, jak to dzieci, miały swoje pomysły i nieraz sprawdzały, na ile mogą sobie pozwolić. Siostry zwracały uwagę na to, żebyśmy były konsekwentne i potrafiły spokojnie powiedzieć „nie”. Nie chodziło o krzyk ani surowość, ale o stanowczość i jasne zasady.
To było dla mnie ważne odkrycie. Troska nie oznacza zgody na wszystko. Można okazywać dziecku ciepło i jednocześnie stawiać jasne granice. Można być cierpliwym i stanowczym zarazem. Czasem właśnie powiedzenie „nie” jest wyrazem odpowiedzialności za drugiego człowieka.
Siostry same pokazywały to każdego dnia. Nauczyły mnie cierpliwości, konsekwencji, prostoty i bezinteresownej miłości. Ich służba nie polegała na pojedynczych, wielkich gestach. Składała się z powtarzalnych czynności, pracy, zmęczenia, modlitwy i odpowiedzialności za dzieci, które potrzebowały ich nie przez kilka tygodni, ale każdego dnia.
Radość z małych rzeczy
Obok trudnych momentów było też bardzo dużo radości. Czasami wystarczyła piosenka, taniec albo jakiś śmieszny dźwięk, który dla kogoś z zewnątrz nie miałby żadnego znaczenia, a dla nas stawał się powodem do śmiechu.
Po kilku dniach miałyśmy już swoje ulubione piosenki, powiedzenia i małe zwyczaje. Dzieci wiedziały, co nas rozśmiesza, a my wiedziałyśmy, co rozbawia je. Wystarczył znajomy gest, określona mina albo rozpoczęcie jednej z naszych piosenek, żeby na twarzach pojawiały się uśmiechy.
To właśnie z takich drobiazgów rodziła się bliskość. Nie z wielkich deklaracji, ale z powtarzalności. Z tego, że następnego dnia znów przychodziłyśmy, znów ktoś nas rozpoznawał, znów śpiewałyśmy tę samą piosenkę i znów śmiałyśmy się z czegoś, co poza Betlejem prawdopodobnie nie miałoby żadnego znaczenia.

Armenia, która przyjęła nas po swojemu
Od poniedziałku do piątku miałyśmy swoje apostolaty, natomiast weekendy przeznaczałyśmy na poznawanie Armenii. Udało nam się zobaczyć naprawdę wiele miejsc. Armenia nie była jednak dla mnie wyłącznie zabytkami, krajobrazami i ciekawymi miejscami. Była również ludźmi. Poznałyśmy osoby z różnych krajów i w różnym wieku. Po drodze spotykało nas wiele zwykłego, bezinteresownego dobra. Ktoś życzył miłego dnia. Ktoś inny chciał dowiedzieć się, co robimy w Armenii. Ktoś zapytał, skąd przyjechałyśmy. Albo proponował podwózkę lub częstował jedzeniem.
To były małe gesty, ale właśnie z nich rodziło się poczucie, że w obcym kraju nie jesteśmy całkiem obce. Że można znaleźć życzliwość nawet tam, gdzie nie zna się języka, zwyczajów ani ludzi.
Po około tygodniu zaczęłam czuć się bardziej na miejscu. Oswoiłam rytm dnia, temperaturę, wysokość, jedzenie i codzienną mszę po angielsku. Coraz lepiej rozpoznawałam dzieci, wiedziałam, czego się spodziewać, i przestałam mieć poczucie, że wszystko dzieje się wokół mnie zbyt szybko.
Nie było jednego spektakularnego momentu, w którym nagle poczułam się jak u siebie. To przychodziło stopniowo, przez znajome twarze, powtarzające się czynności i świadomość, że wiem już, gdzie jestem potrzebna.
Pożegnanie
Pożegnanie przyszło szybciej, niż byśmy tego chciały. Dostałyśmy od dzieci drobne prezenty, które same dla nas przygotowały. Była też piosenka zaśpiewana specjalnie dla nas – z naszymi imionami. Nie spodziewałam się tego. Po miesiącu wspólnej codzienności nagle trzeba było pożegnać się z dziećmi, siostrami i miejscem, które jeszcze niedawno było zupełnie obce.
Zwykłe pomieszczenia, schody, łóżeczka, zabawki i codzienne dźwięki stały się czymś bardzo bliskim. Wiedziałyśmy, że wrócimy do Polski, do swoich domów i obowiązków, ale jednocześnie miałyśmy świadomość, że doświadczenie tego miesiąca pozostanie z nami na długo. Było wzruszenie i smutek. Była wdzięczność za to, czego doświadczyłyśmy, ale też poczucie, że nie da się po prostu zamknąć drzwi i zostawić tego doświadczenia za sobą.
Już nie tak samo
Po powrocie wiele osób pyta mnie: „Jak było?”. I nadal trudno mi odpowiedzieć jednym zdaniem. Jak opowiedzieć o miesiącu, który składał się z setek małych chwil? Jak opisać dzieci, których nie da się sprowadzić do jednej historii? Jak opowiedzieć o siostrach, wspólnych modlitwach, zabawach, zmęczeniu, śmiechu, trudnych momentach, poznanych ludziach i pożegnaniu?
Po powrocie czuję się dziwnie. Inaczej. Nawet jedzenie przypominało mi, że jestem już w Polsce. Tutaj mamy chleb, tam był lawasz. Niby drobiazg, a jednak takie szczegóły uświadamiają człowiekowi, że tamten świat został już za nim.
Brakuje mi koleżanek, z którymi dzieliłam ten czas. Brakuje mi zabaw z dziećmi, wspólnych piosenek, rytmu dnia i zwyczajności, która przez miesiąc była moją codziennością. Brakuje mi nawet tych rzeczy, które w trakcie wyjazdu wydawały się męczące: pracy, ciągłego ruchu i poczucia, że cały dzień jest wypełniony po brzegi.
Wróciłam jednak bogatsza. Bardziej wdzięczna. Z innym spojrzeniem na to, co mam. Pewne rzeczy, które wcześniej wydawały mi się ważne, straciły swoją siłę. Inne zaczęły mieć za to większe znaczenie. Łatwiej zauważam drobne gesty, bardziej doceniam codzienność i częściej przypominam sobie, że to, co dla mnie jest oczywiste, dla kogoś innego może być ogromnym darem.
Do tej pory myślałam, że dom ma się tylko jeden. Wolontariat pokazał mi, że chyba nie do końca. Dom może być również tam, gdzie pozostają ważne wspomnienia i relacje. A ja część swojego serca zostawiłam w Armenii – w Erywaniu, w Betlejem, przy dzieciach, przy siostrach i przy ludziach, których spotkałyśmy po drodze.
Ten wyjazd był dla mnie jednym wielkim działaniem Boga: od pierwszego pragnienia, przez formację w NINIWIE, aż po samą Armenię. Jestem Mu wdzięczna za możliwość wyjazdu, za dzieci, które mogłam poznać, za siostry, za moje koleżanki i za wszystkich ludzi, których postawił na naszej drodze. Jestem wdzięczna również za trudne momenty, bo to one często nauczyły mnie najwięcej.
Pojechałam do Armenii, żeby służyć. Wróciłam obdarowana. I choć fizycznie wróciłam do swojego domu, to wiem, że misja wcale się nie skończyła. Może dopiero teraz zaczyna się jej druga część – ta, która dzieje się już tutaj, w Polsce.
Zuzanna Sterna (dla: misyjne.pl)
Jesteś zainteresowany/-a wyjazdem na wolontariat misyjny? Sprawdź warunki TUTAJ i przyjedź na pierwszy zjazd formacyjno-przygotowawczy do Kokotka od 20 do 22 listopada!









