Wolontariuszka misyjna NINIWY: Mam nadzieję, że nasza misja się nie kończy, lecz dopiero rozpoczyna nowy etap
Ponad miesiąc temu wraz z moimi kochanymi dziewczynami – Izą i Zuzią – zakończyłyśmy naszą miesięczną misję w Armenii, do której przygotowywałyśmy się w Wolontariacie Misyjnym NINIWY. Pełniłyśmy posługę u Sióstr Miłosierdzia w Betlejem w Erywaniu.
Początek mojej drogi
Najpierw zacznę od tego, co pociągnęło mnie do działania, pomagania, troszczenia się i poświęcania czasu tym, którzy nie mają go zbyt wiele. Od paru lat przyglądałam się temu światu i próbowałam go zrozumieć. Były trudniejsze momenty, jak to w nastoletnim życiu, ale czułam, pomimo różnych pokus, że nie mogę zejść z dobrej drogi. Bóg cały czas był przy mnie i czułam Jego obecność.
Mimo swojej trudnej przeszłości, która często dostarczała mi chwil cierpienia i bólu, czasami także w samotności, z dala od domu, nie poddałam się. Ten czas nauczył mnie wiele. Wtedy nie widziałam, że to był Boży plan, że dzięki temu będę silniejsza i odporniejsza. Zbudowałam w sobie determinację i siłę dzięki moim najbliższym i dzięki mojemu Aniołowi Stróżowi, który mnie podtrzymywał i nie pozwalał mi upaść.
Pewnego dnia usłyszałam głos mówiącego mężczyzny: „Kogo mam posłać? Kto by tam poszedł?”. Odpowiedziałam, nie będąc jeszcze gotowa, by iść w nieznane: „Oto ja, poślij mnie”. I od tego czasu wiedziałam, że jestem potrzebna temu światu, że mam tutaj misję do wykonania. Musimy być jednością.
Codzienność w Armenii
Nasz apostolat zaczynałyśmy o 8.00. Zazwyczaj wcześniej uczestniczyłyśmy jeszcze we Mszy Świętej, aby prosić o dobry i owocny dzień. Dzień rozpoczynałyśmy od prostych, ale wymagających czynności: sprzątania dziecięcych pokojów oraz karmienia przez sondę i PEG-i. Każdy obowiązek i każdy dyskomfort oddawałyśmy Bogu.
Z dnia na dzień przyzwyczajałyśmy się do różnych czynności. Zabawa, taniec i mówienie sprawiały, że te małe istoty uśmiechały się do siebie. Chociaż miały niewielkie możliwości, a wiele dzieci nie widziało, nie słyszało, nie mogło się poruszać i odczuwało ból, który ciężko nam opisać, ciepło i radość poprawiały nam nastrój. Czas i zabawa były dla nich najcenniejsze, a dla nas – najprostszym, co mogłyśmy im dać.
Robienie prania było dość wymagające. Nie zdajemy sobie sprawy, ile mamy u siebie udogodnień. Tam musiałyśmy prać ręcznie, nieraz przez dwie godziny. Cały czas uczyłyśmy się od sióstr cierpliwości, wytrwałości i wybaczania. Dostrzegałyśmy w nich niesamowitą miłość: mimo zmęczenia i trudności zawsze były gotowe do pomocy i dalszego działania, służąc dzieciom.
Ich głosy podczas angielskich Mszy były piękne i wysokie. To one wprowadzały nas w cudowne przeżywanie liturgii. O 12.00 robiłyśmy przerwę obiadową. Mogłyśmy nabrać sił, porozmawiać, a o 15.00 wracałyśmy do dzieciaków.
Zobacz również:
Dzieciństwo, które nie wygląda tak samo
Dom sióstr był podzielony na dwa piętra – na dole przebywały starsze dzieci, od 8 do 15 lat, a na górze młodsze, od 5 miesięcy do 5 lat. Każde dziecko miało inne reakcje i charakter, lubiło inne zabawy i czynności. Właśnie tych prostych rzeczy uczyłyśmy się na nowo, aby zrozumieć każde z nich i otoczyć je opieką i miłością, ale także sprawić, by z roku na rok stawało się samodzielniejsze, na ile to będzie możliwe.
Czasami musiałyśmy stawiać granice, aby w przyszłości ich życie było lepsze i piękniejsze. Fizjoterapia i różne ćwiczenia rozwijające ich sprawność ruchową i umysłową odbywały się w każdej możliwej chwili.
Pomoc pielęgniarek była niesamowita. Chociaż nie potrafiłyśmy się z nimi porozumiewać, ponieważ panie mówiły po rosyjsku i ormiańsku, zawsze próbowałyśmy odnaleźć wspólny język za pomocą mimiki i gestów.
Muzyka, czyli chwile, w których można było zapomnieć, że jest się chorym
Z innymi wolontariuszami, zawsze gdy była okazja, puszczaliśmy dzieciakom muzykę w języku ormiańskim i angielskim, który z dnia na dzień poznawaliśmy coraz lepiej. Braliśmy je na ręce, pomimo różnych niepełnosprawności, i wsłuchiwaliśmy się w rytm muzyki tak samo jak dzieci.
Uśmiechały się, niektóre wydawały różne dźwięki, a pojedyncze leżały w spokoju i odpoczywały. Każda reakcja była warta uwagi i na swój sposób wyjątkowa. Te dzieci, które nie widziały, zazwyczaj uspokajały się przy dźwiękach gitary i śpiewanych pieśni, które dawały im poczucie bezpieczeństwa.
Mały kraj, który dał nam wiele doświadczeń i wspomnień
Od pierwszych godzin spędzonych w Armenii, pomimo ogromnego zmęczenia po podróży oraz zmiany czasu i klimatu, Armenia zaskakiwała nas swoim wyjątkowym położeniem i infrastrukturą. Mimo że nie zawsze panowała cisza, ponieważ mieszkałyśmy w dzielnicy Nork-Marash, przy ruchliwej ulicy, czuć było w powietrzu spokój i słychać odgłosy śpiewających zwierząt.
Tradycyjne jedzenie ormiańskie bardzo nas zaskoczyło prostotą, ale zarazem smakiem i przyprawami. Wszystko było starannie przygotowane. Lawasz i gata stały się dla nas codziennością.
Gościnność i uprzejmość ludzi były niesamowite. Spotkałyśmy tam przedstawicieli wielu kultur i wyznań: islamu, Kościoła protestanckiego, Kościoła ormiańskiego i innych wspólnot. Mimo różnic w większości przypadków spotykałyśmy się z szacunkiem. Co ciekawe, byłyśmy dość rozpoznawalną mniejszością ze względu na jasne włosy, oczy i skórę. Z czasem również to stało się dla nas czymś normalnym.
Z transportem wiązały się różne śmieszne momenty. Naszym środkiem transportu były busy i Yandexy (tamtejsze taksówki, które pędziły z prędkością światła), ale i tak w większości przemieszczałyśmy się pieszo.
Kultura ormiańska zachwyciła nas elegancją, wielobarwnością i zawartą w niej historią. Targi były przepełnione przedmiotami z czasów wojennych i starożytnych. Krajobrazy były czymś cudownym i niedocenianym przez wielu ludzi. Góry były piaszczyste i potężne. Wioski, które odwiedzałyśmy, były ubogie i skromne, lecz mieszkało w nich wielu szczęśliwych ludzi. Owoce spotykałyśmy na każdym kroku.
Historyczne i ciemne klasztory, kościoły i cerkwie kryły wiele legend i opowieści. Pogoda, która nam towarzyszyła, była słoneczna, ale czasami powiewał lekki i przyjemny wiatr, który pomagał nam sprostać codziennym obowiązkom.
Tak zapamiętałyśmy Armenię, którą cały czas będziemy miały w sercu.
Zobacz również:
Bezinteresowne wsparcie, siła i wyrozumiałość – dary, które dostawałyśmy od Jezusa na początku każdego dnia
Wstawanie ze świadomością, że trzeba mieć w sobie dwa razy więcej siły i radości, było czasami ciężkie. Po raz pierwszy spotkałyśmy się z takimi sytuacjami, a naszym wsparciem był nasz Anioł Stróż. W każdej chwili chciałyśmy zapewniać dzieciom opiekę i radość.
Choć dni czasem się dłużyły, wzajemne wsparcie pomagało nam poświęcać się potrzebującym dzieciom i siostrom. Chociaż nie potrafiłyśmy perfekcyjnie mówić po angielsku, rosyjsku czy ormiańsku, czułyśmy wsparcie i dobroć ludzi, z którymi się komunikowałyśmy.
Obawiałyśmy się, jak to wszystko będzie wyglądało i jak sobie poradzimy. Jednak problemy same się rozwiązywały. Dostałyśmy z góry taką odwagę, że niczego się nie obawiałyśmy. Pan Bóg zesłał nam wspaniałych ludzi i postawił nas w takich sytuacjach, że przez cały ten czas poznawałyśmy świat i szłyśmy do przodu, zarażając innych naszym uśmiechem!
Zakończenie fizycznej misji, a rozpoczęcie nowego rozdziału w życiu
Godziny i minuty przemijały, a wraz z nimi nasza miesięczna misja dobiegała końca. Nie chciałyśmy jej kończyć, bo tak związałyśmy się z tym miejscem i przyzwyczaiłyśmy do posiłków oraz obecności różnorodnych ludzi. Musiałyśmy jednak wrócić do Polski, aby kontynuować naukę.
Wraz z zakończeniem wolontariatu odczuwałam niespotykane dotąd emocje. Po raz pierwszy doświadczyłam tego, że pomimo zmęczenia i tęsknoty za domem ciągnęło mnie do tego, aby zostać i dalej pomagać, czasem wkładając duży wysiłek w to, by ktoś był szczęśliwy.
Dzieci i siostry poprzytulały nas i wycałowały, a my pożegnałyśmy się z naszym drugim domem. Wróciłyśmy samolotem do Polski i razem z dziewczynami musiałyśmy się rozdzielić. Tak połączył nas ten miesiąc doświadczeń, codziennego życia i emocji, że aż ciężko było żegnać się z tak cudownymi i kochanymi osobami, które również oddawały całą swoją duszę i serce, aby służyć i pomagać. Za to jestem im niezmiernie wdzięczna.
Mam nadzieję, że nasza misja się nie kończy, lecz dopiero rozpoczyna nowy etap, że będziemy w różnych zakątkach świata głosić prawdę, aby nasza planeta stała się szczęśliwsza.
Dziękuję tym, którzy mnie wspierali: całej NINIWIE, ojcu Patrykowi, który świetnie nas przygotował, a także naszym rodzinom i znajomym, którzy byli przy nas i troszczyli się o nas w czasie przygotowań.
Niech świat otwiera się na młodych.
„Niech każdy będzie misjonarzem wśród swoich kolegów, dając dobry przykład i czyniąc dobrze własnej duszy” – ks. Jan Bosko.
Kinga Burghardt
Czujesz chęć działania i chcesz dać coś od siebie? Przekuć swoje talenty w realną pomoc, a przy okazji przeżyć niezwykłą przygodę? Sprawdź – to może być doświadczenie, które zmieni na lepsze życie innych ludzi i… Twoje!
Sprawdź szczegóły w linku poniżej i dołącz do Wolontariatu Misyjnego NINIWY:









