Dziś wspomnienie o. Józefa Gerarda OMI - misjonarza wśród zulusów

Przyszedł na świat 12 marca 1831 r. w małej lotaryńskiej wiosce Bouxieres - aux - Chenes. Jak wszyscy młodzi chłopcy w Lotaryngii został pasterzem i tak całe dnie spędzał samotnie przy stadzie. Monotonia tego pasterskiego życia bywała przerywana, kiedy z rodziną udawał się w pielgrzymce do Matki Bożej Dobrej Rady w Nancy albo do Jej stóp w Sion.

Droga życia zakonnego

Jego misjonarskie powołanie zaczęło się właściwie kształtować wówczas, gdy proboszcz - ks. Cayens - opowiadał mu o smutnym losie afrykańskich plemion. Również dwaj inni misjonarze - obaj Oblaci Maryi Niepokalanej - wywarli na niego jeszcze większy wpływ. Mając 20 lat, wstąpił do oblackiego nowicjatu w Notre Dame de l`Osier. Józef Gerard głęboko zżył się ze Zgromadzeniem, które odtąd stało się jego Rodziną. Będąc jeszcze w nowicjacie, 7 marca 1852 r. otrzymał obediencję do Natalu w Afryce Południowej, a w maju 1853 r. ostatecznie opuścił Francję.

Kapłaństwo

Po ośmiu miesiącach od opuszczenia Francji, 21 stycznia 1854 r. dociera wraz z dwoma oblatami: o. Barret OMI i br. Bernard OMI do Natalu. Była to w jego życiu ostatnia podróż. Trzy tygodnie później został wyświęcony na kapłana w Pietermaritzburgu przez biskupa Allarda. Zaczęła się więc misja, której początek nie był łatwy. Po kolejno poniesionych trzech porażkach, dla o. Józefa zaczął się drugi etap misjonarskiego życia - ewange- lizacja Basutosów.

Misjonarz Natalu

Dzień 1 listopada 1863 r. można przyjąć jako prawdziwy start apostolskiej działalności. Wędrownemu misjo- narzowi przypadło nawracać szczepowych kacyków, pomagać ubogim, starym i chorym, uczyć prawd wiary pasterzy, demaskować czarowników i czarownice. Całe jego posługiwanie zaczyna się odtąd odbywać konno, aby umożliwić niekończące się objazdy po górach. O. Gerard nie znał się na sztuce, ale za to wykazywał talent duchowego architekta, rzeźbiarza ludzkich dusz, umiejąc pomagać w budowaniu żywego i kwitnącego Kościoła. U podstaw tej duchowej budowli postawił katechizację. "Panie - często modlił się - daj mi łaskę, bym do szaleństwa kochał moje zadanie katechety... bym uczynił mocnymi tych chrześcijan, którzy by dobrze poznali świętą religię i dlatego Ciebie kochali". Jego apostolska miłość powoli zwyciężała Basutów, którzy początkowo nie dowierzali kapłanom katolickim; przez tę miłość stał się też wielkim przyjacielem młodzieży.

Misja św. Moniki

W 1876 r. biskup Jolivet wybrał o. Gerard na założyciela misji w pogańskiej okolicy, znanej z rozwiązłych obyczajów, którą nazwano misją św. Moniki. Podczas długiego, 20 letniego pobytu na misji św. Moniki ogarnęło go "szaleństwo dusz". Całe dnie jeździł na swoim koniu Artabanie w poszukiwaniu Basutosów, a kiedy nastawała noc, wracał wyczerpany, przy blasku świecy odmawiał brewiarz i aby nie zasnąć przy nim, akompaniował sobie na starym harmonium. O. Józef wrócił na misję Roma w 1897 r. Pomimo wyczerpania, wciąż narażał się na wszelkie możliwe niebezpieczeństwa, z których zawsze szczęśliwie wychodził. Dlatego też nadano mu przydomek "Ramehlolo" - ojciec cudów. Do ostatnich chwil swego życia czuł ogromną potrzebę głoszenia Chrystusa. Przykuty do łóżka w czasie choroby, wołał do siostry i pytał "Gdzie jest mój Artaban? Chcę pojechać, aby odwiedzić chorych.

Śmierć

29 maja 1914 r. oddał swoją duszę Bogu, wezwany przez Niego do Nieba. Jego pogrzeb stał się prawdziwym triumfem. Na cmentarzu szef Maama żegnał umiłowanego kapłana, kończąc słowami: "muszę przyznać, że o. Gerard był takim człowiekiem, który by tak powiedzieć nie brał do ust pożywienia, bo on karmił się modlitwą. Gdyby modlitwą można było nakarmić ludzi, dawno by on dał ją nam, Basutom, do jedzenia".

źródło: swietykrzyz.pl


Wyprawa rowerowa - pogoda i zdrowie na trasie

Im szybciej jednak zapomnimy o tym sielskim obrazku, tym lepiej. Nie chodzi o to, że nie będziemy jeździć w słońcu – bo na wyprawie słońca będzie dość – ale o tym, że główną atrakcją naszej wyprawy będzie przełamanie strefy komfortu i wystawienie naszych delikatnych czterech liter na wszelkie warunki pogodowe i jezdne.

I wiecie co? Wbrew pozorom nie jest tak źle. Rowerzyści znoszą deszcze i burze, wichury, mgły i co tylko stanie im na drodze. Wprawdzie klną na czym świat stoi, ale znoszą dzielnie. Wiedzą, że każda przeciwność losu będzie dobrą opowieścią po powrocie. Oczywiście nie mówimy tu o żadnym sadomasochizmie, po prostu jeszcze nigdy nie było tak, żeby jakoś nie było.

Skoro jednak decydujemy się na ten odważny krok i wyruszamy przed siebie, nie bacząc na słońce i chmury, słotę i deszcz, mokry asfalt, zdradliwą wodę i obrzydliwe komary, lepiej się do tego odpowiednio przygotować (nie tylko psychicznie).

JAK SOBIE RADZIĆ ZE SŁOŃCEM?

Nie ma co kryć, o ile nie jesteśmy wytrawnymi podróżnikami i nie wykręcamy na rowerze ponad 10 tys. km rocznie, nasze wyprawy zaplanujemy raczej w okresie letnim, by nie narażać się na uporczywą walkę z pogodą.

Oznacza to, że podczas wyprawy będziemy mieć sporo do czynienia z przyjacielem i wrogiem w jednej osobie, na którą czekamy przez całą zimę, marząc w pracy o urlopie. Mowa o słońcu, które podczas naszej podróży będzie nas dopingować i czasami klepać radośnie po ramionach i plecach, zostawiając solidne, rumiane ślady.

Na wyprawie rowerowej powinniśmy pamiętać, że przynajmniej przez kilka godzin dziennie będziemy wystawieni na działanie promieni słonecznych. Co gorsza – słońce zagra w jednej drużynie z wiatrem, którego kojące podmuchy spowodują, że na rowerze nie będziemy czuli działania słońca. A przynajmniej do wieczora, kiedy pójdziemy się umyć i pod zimnym prysznicem nasza skóra zacznie skwierczeć.

Krem z filtrem czy bez?

Na wyprawę powinniśmy zatem zabrać ze sobą krem z filtrem UV o wysokim wskaźniku ochrony przeciwsłonecznej. I mówiąc o wysokim, nie mamy na myśli 15. Raczej 50, a nawet i 60. Dla wielu wyda się to przesadą, ale jeśli pomyślimy o tym, że przez całe dnie pedałować będziemy w prażącym słońcu południowej Europy, użycie filtru takiej mocy staje się nie tyle zasadne, co oczywiste.

Jest też gromada rowerzystów, która prycha i mówi, że się nie smaruje i że jak już skóra się przyzwyczai, to nie ma po co się smarować. Jest to myślenie błędne z dwóch powodów – po pierwsze, wystawianie naszej skóry na długotrwałe działanie promieni słonecznych jest dla niej szkodliwe. Po drugie, mimo przechwałek niektórych rowerzystów NINIWA Team, opinia medyka grupy nie pozostawia złudzeń: Nie smarują się niektórzy, to fakt, ale to często ci, którzy potem do mnie przychodzą po maść na odparzenia, bo kwiczą.

Słońce wespół z wiatrem działają niezwykle efektywnie, dlatego zdecydowanie warto zabrać ze sobą także krem do rąk i sztyft do ust, gdyż zarówno dłonie, jak i wargi bardzo szybko się wysuszają i pękają, co w podróży potrafi być bardzo dokuczliwe.

Chłodniej nie znaczy lepiej

W upalne dni na trasie istnieje pokusa, by schładzać ciało w każdy możliwy sposób. Chcemy moczyć w zimnej wodzie nogi i stopy, wskakiwać choć na chwilę do jeziora czy rzeczki, czy też polewać rozgrzane ciało zimną wodą z bidonu. Rzeczywiście daje to nam duże orzeźwienie, ale bądźmy przy tym rozsądni i miejmy na uwadze, że gorliwe schładzanie ciała podczas jazdy może się skończyć chorobą.

Naszą głowę przed słońcem skutecznie powinien chronić kask. Jeśli jednak jedziemy spokojnie po jakiejś opuszczonej drodze, na której nic nam nie grozi i koniecznie chcemy pojeździć bez kasku – czego absolutnie nie zaleca się – pamiętajmy o nakryciu głowy, które uchroni nas przed udarem słonecznym.

Dłuższą jazdę w słońcu boleśnie mogą odczuć również nasze oczy, w związku z czym wielu rowerzystów przekonuje, że okulary przeciwsłoneczne są na wyprawie podstawą. Teamowicze najchętniej wybierają modele z powłoką antyrefleksyjną, redukującą liczbę odbić światła i zapewniającą lepszą przejrzystość. Z antyrefleksem czy bez, okulary ochronią nas nie tylko przed słońcem, ale także przed drażniącym wiatrem i owadami, które kochają wpadać do oczu. Ponadto są niezbędne, jeśli ktoś jest alergikiem, gdyż stanowią również bardzo ważną ochronę przed pyłkami.

Wszystkie te czynniki powodują, że niektórzy wożą ze sobą również okulary o zwykłych, przezroczystych szkłach na wieczór lub niepogodę. I nie jest to głupie. Nie musimy jednak kupować zbyt drogich, fantazyjnych okularów, gdyż te, ze względu na swoją delikatność i lekkość, często spadają lub co najmniej latają na nosie. Poza tym podczas wyprawy znajdą się na ziemi przynajmniej kilka razy, więc szkoda pieniędzy.

Ze słońcem warto się przyjaźnić, ale nie za bardzo, bo bywa natarczywe. Jeśli uda nam się dobrze zaplanować dzień z uwzględnieniem pogody, w upalne dni powinniśmy do popołudnia zrobić większość zakładanego dystansu, dzięki czemu podczas największej spiekoty będziemy mogli zaplanować sobie dłuższą sjestę. Nie tylko będzie to dla nas zbawienne, ale i, jeśli znajdziemy miłe miejsce na odpoczynek, będzie to naprawdę bardzo, bardzo przyjemne.

No, ale fakt. Nie zawsze jest idealnie, czasami pogoda płata figle…

WIATR – DMĄCY DEMOTYWATOR

Nie ma wielu rzeczy bardziej demotywujących do jazdy niż wiatr. Nawet jeśli pogoda jest piękna, wiatr może nam ten dzień bardzo popsuć. I z uwielbieniem będzie psuł nam jazdę, kiedy tylko o nas sobie przypomni. Jeśli rowerzyści są niepokorni, wiatr bardzo chętnie ich napomina – wrażenie stania w miejscu, które powstaje, kiedy pedałujemy z całych sił w kierunku przeciwnym do mocnego wiatru, jest nie do opisania. Wydaje nam się wtedy, że nawet kolonie mrówek nas wyprzedzają, a obrany cel dzienny jest nieosiągalny.

Jeśli dodatkowo wiatr nas wyziębia, warto pomyśleć o stosownym ubraniu. Na wyprawie najlepszą opcją będą dla nas okrycia wierzchnie z właściwością windstopper, jak sama nazwa wskazuje – chroniącą przed wiatrem.

Na miękko lub na twardo

Niektórzy rowerzyści zabierają ze sobą kurtki typu hardshell lub softshell, które chronią ich w pewnym stopniu zarówno od wiatru, jak i deszczu.

Pod pojęciem hardshell (ang. twarda skorupa) kryją się okrycia o najniższym stopniu przepuszczalności. „Ot, worek” – pomyśli ktoś, raniąc głęboko techników pracujących nad specjalistycznymi odzieniami membranowymi. Ale coś w tym jest. Hardshell to odzież, która doskonale sprawdzi się i na deszcz, i na wiatr, a nawet i na śnieg, jednak nawet przy porannych chłodach letniej wyprawy rowerowej będziemy pod nią jechali zagotowani we własnym pocie.

Ponieważ hardshell służy temu, by nic nas nie zalało z zewnątrz, pominąwszy zaawansowanie technologiczne i jej drogocenne właściwości, najprostszym, najtańszym i ekstremalnym przykładem skorupy hardshellowej dla studenckiego portfela będzie zwykła przeciwdeszczówka z marketu, która za zaledwie kilka złotych ochroni nas przed deszczem i wiatrem. Jeśli zaś pod nią ubierzemy się cieplej, to i zimno nie będzie nam straszne.

Odzież typu softshell stanowi bardzo popularną wśród niektórych rowerzystów alternatywę dla hardshelli, gdyż wprawdzie jest mniej odporna na deszcz, jednak jest to materiał oddychający, dzięki któremu mimo ochrony przed zimnem i wiatrem nie będziemy się tak mocno pocić. Powłoki softshellowe ze względu na swoją charakterystykę sprawdzą się wszędzie tam, gdzie dochodzi do intensywnego wysiłku fizycznego, a potrzebna jest dobra ochrona przed wiatrem. By działały odpowiednio, musimy jednak pamiętać, żeby ubierać je bezpośrednio na koszulki lub bieliznę termoaktywną.

Profesjonalne kurtki i bluzy hardshellowe i softshellowe to niemały koszt i na naszej pierwszej wyprawie spokojnie obejdziemy się bez nich. W NINIWA Team niewielu rowerzystów jeździ w softshellach, ale ci, którzy jeżdżą – bardzo je sobie chwalą. Inni z sukcesami zastępują obie techniki prostymi rozwiązaniami z użyciem zabranych przez siebie ubrań.

Zjazd prosto do łóżka

Pamiętajmy jednak o pewnej ważnej rzeczy – zwłaszcza będąc w górach. Jeśli na podjeździe przemarzliśmy i poubieraliśmy się w tysiące warstw nieprzepuszczających materiałów, zjazd na hurra z rozpiętą bluzą w połączeniu z naszym potem najprawdopodobniej zapewni nam dwa tygodnie w łóżku z antybiotykami.

Bardzo nieprzyjemne są także przewiane uszy, jeśli więc stajemy w szranki z zimnym wiatrem, przykryjmy nasze narządy słuchu chustą, nausznikami czy czymkolwiek, co ogrzeje nasze uszy, jednocześnie nie czyniąc głuchymi na otaczające nas dźwięki. Najpopularniejsze są tu tzw. „buffy” lub „kominy”, które wśród wielu swoich zastosowań doskonale zatroszczą się także i o nasze zatoki.

BRRR…

A co, jeśli podczas wyprawy, nawet gdy jeździmy przed złotą polską jesienią, złapie nas szare polskie lato? Na rowerze latem czasami bywa zimno, nawet w ciepłych krajach. Zwłaszcza rano. Z zimnem każdy sobie radzi nieco inaczej – najczęściej pod kask zakłada się buff, a na tors wrzuca bluzę, kurtkę lub w wersji lux – softshell. Są i tacy, którzy narzucają na siebie sztormiak, który nie tylko chroni przed wiatrem i zimnem, ale i na postojach może nam posłużyć – jako koc.

Jednak to nie wyziębiony tors sprawi nam najwięcej problemów. W końcu poubierani w kilka warstw powinniśmy przetrwać ataki chłodu. Każdy z rowerzystów powie nam, że najtrudniej jest z kończynami. Są one najdalej centrum naszego ciała i szybko się wyziębiają. W ich ogrzaniu mogą nam pomóc w różnym stopniu rękawiczki i specjalne rękawki rowerowe, a na nogach dwie pary skarpet i sportowe ocieplacze.

Są i tacy, którzy w akcie desperacji chronią kończyny przed zimnem i wiatrem gumowymi rękawicami i workami na butach. To rozwiązanie może okazać się skuteczne, jeśli oczywiście nie są nam straszne pot, smród i odciski.

CO ROBIĆ, GDY LEJE?

Nie da się do końca przewidzieć, czy na wyprawie złapie nas deszcz. Zresztą – czasami nie warto. Jeśli dowiemy się o nim wcześniej, zdemotywuje nas, jeśli dopiero w trakcie jazdy – no trudno, przygoda. W zwykłym deszczu podczas wyprawy będziemy sobie radzić bez większych problemów. Bez specjalnej przyjemności także, ale bez problemów. Dopiero przy większej, zacinającej ulewie, burzy gradowej i nawałnicy przekleństw wydobywającej się z naszych ust będziemy musieli zapytać samych siebie, co robimy dalej.

Opcja 1 – „Nigdzie nie jadę!”

Deszcz deszczowi nierówny. Wprawdzie nie jesteśmy z cukru, ale jeżeli deszcz przybiera na sile i dalsza jazda staje się nie tylko orką na ugorze, ale i niebezpieczeństwem – zatrzymajmy się. Są i takie burze, że się jedzie jak przez morze. Jeśli nie zależy nam strasznie na czasie i mamy się gdzie schować – schowajmy się. Ulewę najlepiej jest przeczekać. Pamiętajmy zawsze, że jazda ma przede wszystkim dawać dużą radość, więc czasami nie warto się kopać z koniem. Chyba że czas nagli, a wtedy…

Opcja 2 – „Tniemy!”

Zdecydowanie zalecamy, by wyprawowe rowery były wyposażone w błotniki, ale czasami nie możemy sobie pozwolić na komfort przeczekania ulewy i jeśli trzeba będzie jechać, to i tak wszystko będziemy mieli mokre.

Jeżeli zależy Ci na czasie, to jedź, w końcu nie jesteś z cukru, a i rower z nadmiarem wody sobie poradzi. Nie będzie to relaks, ale dociążeni przez sakwy nie musimy się obawiać, że będziemy się na drodze ślizgać. Jeśli jednak nie chcemy jeździć w deszczu, powinniśmy przy planowaniu wyprawy dołożyć sobie jeden dzień awaryjny, który pozwoli nam m.in. na przeczekanie warunków atmosferycznych.

I choć deszczu podczas wyprawy się raczej nie uniknie, nie warto z tego powodu kupować wymyślną kurtkę. Pamiętajmy, że jak deszcz jest mocny, to na rowerze w końcu i tak człowiek będzie cały mokry. Jeżeli nawet nie z zewnątrz, to się spoci. Kurtki przeciwdeszczowe mają to do siebie, że są właściwie saunami – nie przepuszczają wody ani w tę, ani we w tę – wystarczy sobie wyobrazić, że jedziemy ubrani w reklamówki.

W deszczu najważniejszym będzie zachowanie temperatury torsu. Mokre i zziębłe ręce i nogi mogą stwarzać dyskomfort, jednak to klatka piersiowa będzie dla nas najważniejsza. Dlatego wystarczy nam cienka, przeciwdeszczowa kurtka, która nie będzie przepuszczała wiatru. Mokra bluza czy softshell stają się zimne i pozbawiają nas komfortu. W mokrej kurtce przeciwdeszczowej nie zmarzniemy, póki nie staniemy na dłużej.

UWAGA!

Decydując się na jazdę w deszczu, czy to na dłuższą, czy krótszą trasę, miejmy na uwadze kilka następujących uwag:

  • Nie ufajmy kałużom! Przejazd przez nie zapewne był jedną z ulubionych naszych dziecięcych zabaw (zaraz po grzebaniu patykiem w błotku), jednak przejazd rowerem przez kałużę może okazać się tragiczny w skutkach z prostego powodu – nigdy nie wiesz, co ona w sobie skrywa.
  • Jak tylko możemy, starajmy się prostopadle wjeżdżać na szyny i tory. Jeśli wjedziemy na szyny pod zbyt małym kątem, mokry metal sprawi, że przytulimy asfalt i sprawdzimy kruchość naszych kości. Przekraczając je, zachowajmy jednak szczególną uwagę, żeby dobierając odpowiedni kąt, nie wpaść pod jadące jezdnią samochody.
  • Metalowe elementy na jezdni to niejedyne zagrożenie poślizgiem. Zdradziecka jest z natury farba, którą się maluje na jezdni znaki poziome i przejścia dla pieszych, a także mokre liście. Łyżwiarstwo rowerowe może być równie efektowne, jak i opłakane w skutkach.

GDY NAS ZŁAPIE CHOROBA…

Powiedzieliśmy już, co zrobić, by na trasie nie chwyciło nas przeziębienie lub przynajmniej żeby nie poszło mu to zbyt łatwo. Co jednak, kiedy już nas coś złapie? Jak sobie radzić z chorobą w trasie i jak wykrzesać z siebie chęci do dalszej jazdy, skoro nie czujemy się na siłach?

Przeziębienie

Jeśli mamy odpowiednio zaopatrzoną apteczkę, nie wahajmy się sięgnąć po odpowiednie środki – polityka „jakoś to będzie” jest nieopłacalna – zmarnujemy tylko czas, a i przyjemność z jazdy żadna. Żeby nie ryzykować przeziębienia, dostosowujmy na bieżąco nasz ubiór do warunków atmosferycznych i szybko przebierajmy przemoczone ubrania. Kiedy jednak się nie uda i złapie nas solidne przeziębienie, czasami lepiej jest odpuścić sobie jeden dzień i odpocząć, niż stracić tydzień i ryzykować nieprzyjemne wspomnienia z wyprawy. To, co mamy w apteczce, powinno nam wystarczyć na różnego rodzaju przeziębienia. Jeśli zaatakuje nas – nie daj Boże – wirus, i tak bez pomocy lekarskiej się nie obejdzie.

Zatrucie

Niestety czasami bywa tak, że nie tylko przeziębienie zagina na nas parol. Czasem, co wyjątkowo nieprzyjemne, da nam o sobie znać żołądek. W poważniejszych przypadkach potrafi nas całkiem nieźle wypłukać. Dlatego ważne jest powolne przyzwyczajanie organizmu do miejscowej flory bakteryjnej i dezynfekowanie organizmu.

Dezynfekcja

Dezynfekowanie organizmu jest ważne. Dlatego dobrze jest jeść tak, jak miejscowi jedzą – tam gdzie jedzą ostro, trzeba spróbować ich naśladować. To nam wyjdzie na dobre ze względu na florę bakteryjną.

Przy zatruciu dobrze jest kupić alkohol i to przepić. W małych ilościach to jest lekarstwo, które może pomóc w zatruciu, ale można mieć pecha i jechać akurat przez Turcję, w której nie da się kupić alkoholu (tak jak mieliśmy my). Wtedy dobrze się sprawdza coca-cola, no i oczywiście odpowiednie tabletki. Trzeba pamiętać, że podobnie jak przy innych chorobach, może się zdarzyć, że w pewnym momencie zatrucie odetnie energię i czasami trzeba będzie odpocząć. Podczas wypraw wielu z nas kończy na łapaniu stopa, bo zatrucie pokonuje.

Bardzo ważne jest, żebyśmy w trakcie i po zatruciu uzupełniali elektrolity w organizmie i pili dużo płynów, by uniknąć odwodnienia organizmu. Przyzwyczajmy się także do diety z sucharów, coca-coli i papek budyniopodobnych. Nie brzmi to najlepiej, ale pozwoli nam szybciej wrócić do żywych. Jeśli zaś chodzi o tabletki, największą popularnością wśród rowerzystów cieszą się loperamid i nifuroksazyd.

Nifuroksazyd leczy od środka, a loperamid blokuje. Jeśli mamy czas, lepiej leczyć się nifuroksazydem, a nie blokować wydalania. Jeśli jednak czas nas goni i nie możemy sobie pozwolić na schodzenie z siodełka, to pozostaje loperamid…

Jedziemy w kraje egzotyczne

Zanim wyjedziemy do danego kraju, powinniśmy sprawdzić na stronie Ministerstwa Spraw Zagranicznych, jakie są zalecenia dotyczące szczepień przed podróżą do danego kraju. Znajdziemy tam szczepienia wymagane i zalecane. Trzeba przy tym mieć odrobinę wyobraźni – czymś innym jest leżenie na plaży w tajlandzkim kurorcie, a czymś innym przedzieranie się przez tajlandzką dżunglę.

Pamiętajmy też, by zawsze mieć przy sobie książeczkę szczepień. Na wszelki wypadek zabierajmy również ze sobą troszkę spirytusu do odkażenia rany. Przy podróży w rejony malaryczne należy również dobrze zapoznać się z odpowiednimi działaniami prewencyjnymi. Ponadto w niektórych miejscach, jeśli będziemy chcieli pobierać wodę stojącą, przydadzą się nam filtry i/lub tabletki do uzdatniania wody.

Ze względu na zagrożenia immunologiczne ważne jest, byśmy mieli ze sobą odpowiednie medykamenty. Jeśli jedziemy w grupie, nie musimy tego wszystkiego wozić sami, możemy sobie podzielić rzeczy po sakwach lub wyznaczyć grupowego medyka, który będzie sprawował pieczę nad lekarstwami, w zamian za co inni będą wozić jego/jej ukochany śpiwór w kratkę i kubek z misiem. Dobrze, by grupowy aptekarz trzymał się raczej z tyłu grupy, by w razie wypadku pozostał przy kimś i pomógł.

GDY NAS COŚ POGRYZIE

Jeśli będzie to niedźwiedź, udajmy się jak najszybciej do szpitala. Jeśli koledzy z ekipy – zastanówmy się najpierw, dlaczego jesteśmy na tyle nieznośni. Gdy nas pogryzą mrówki – szybko przenieśmy namiot w inne miejsce. A co, gdy nas pogryzą komary? No właśnie – jak to zrobić, żeby miejscowy gang moskitów nie urządził na nas polowania?

W niektórych, co bardziej egzotycznych krajach nie będzie przesadą moskitiera. Nie wszyscy jej używają, ale są rowerzyści, którzy otwarcie mówią, że moskitiera nieraz uratowała im życie. Zwłaszcza w pobliżu akwenów wodnych i lasów, gdzie może uchronić przed wieloma bolesnymi bąblami.

W sakwach powinniśmy wozić ze sobą środek na komary, jednak tu bądźmy bardzo ostrożni, ponieważ nie ma preparatów, które byłyby skuteczne na całym świecie. Na Syberii komary robią sobie żarty z polskich aerozoli i smakowite posiłki z ich właścicieli.

Dobrze jest więc kupować środki lokalne. Tak jak woda w różnych miejscach świata ma inne bakterie, tak samo i owady są różne na całym globie, i jeśli będziemy chcieli w Chinach spryskiwać się przeciw komarom polskim Off!-em, równie dobrze możemy używać do tego dezodorantu – przynajmniej zapach będzie milszy.

Oczywiście z komarami i innymi wampirami styczność będziemy mieć zawsze i wszędzie, więc na wieczór warto ze sobą mieć zestaw – długie spodnie i bluzę, a być może nie będziemy następnego dnia puszczać co chwilę kierownicy, żeby się drapać. W skuteczniejszej i szybszej ochronie przed nimi opłaci się nam posiadanie namiotu samorozkładającego się. Rozkładanie namiotu zwykłego przy jednostajnym akompaniamencie roju komarów jest wyjątkowo nieprzyjemne.

Wyprawa wokół Islandii

Załóż patrzałki!

Oprócz środków owadoodstraszających naszym ratunkiem przed owadami będą także okulary oraz… zamknięte usta. Nie chodzi tu o ochronę tylko przed tymi krwiopijcami, ale także przed zagubionymi, półprzytomnymi muszkami, śniętymi pszczołami i innymi gzami, które mają w zwyczaju wpadać do oczu i ust. I o ile w przypadku muszki, jeśli nie będziemy mieć okularów, może przysporzyć nam to tylko odrobinę bólu, o tyle w przypadku, dajmy na to, pszczoły – przerażony owad może nas użądlić, co może się dla nas skończyć bardzo, bardzo źle.

Dlatego warto pryskać się miejscowymi repelentami, a podczas jazdy mieć na nosie okulary i zamykać usta, co powinno nas uchronić przed zostaniem ofiarą latających bestii. No, chyba że wjedziemy w sam środek roju much końskich. Wtedy zaleca się modlitwę, bo nic innego nie pozostaje…

Mały Poradnik Wielkich Wypraw

Powyższy tekst jest fragmentem Małego Poradnika Wielkich Wypraw, który został napisany na podstawie 11 lat doświadczenia wypraw NINIWA Team. Dowiesz się z niego wszystkiego na temat organizacji i przebiegu wyprawy rowerowej!

Zapraszamy do sklepu NINIWY 

Źródło: Redakcja NINIWA


Wiemy gdzie odbędzie się kolejne ESM

Wiele serc zostało we Wrocławiu poruszonych gościnnością, zaufaniem, modlitwą. Wiara jest siłą, która jednoczy, a Chrystus jednocząc, przekracza wszelkie podziały – podkreślił brat Alois, przeor Wspólnoty z Taizé podczas konferencji prasowej podsumowującej na półmetku 42. Europejskie Spotkanie Młodych we Wrocławiu. Podczas wieczornej modlitwy uczestnicy spotkania dowiedzieli się, gdzie się spotkają za rok – będzie to Turyn we Włoszech.

Tegoroczne Spotkanie przebiega pod hasłem „Zawsze w drodze, nigdy nie wykorzenieni”. Bierze w nim udział ok 15 tys. młodych z ponad 60 krajów Europy i innych kontynentów.

Metropolita wrocławski abp Józef Kupny przypomniał, że wrocławskie spotkanie młodzieży z całej Europy poprzedzone było długim okresem przygotowań. – I jeśli dzisiaj, na półmetku tego spotkania, cieszymy się z ilości młodzieży, która się tu modli i spotyka ze sobą, to dzieje się tak dzięki tym przygotowaniom. Ono nas wszystkich mobilizowało – dodał.

Hierarcha podziękował też wszystkim mieszkańcom Wrocławia i Dolnego Śląska, którzy “się otworzyli na przyjęcie do swoich rodzin uczestników Europejskiego Spotkania Młodych”. Abp Kupny podziękował przede wszystkim za ich otwartość, życzliwość, gościnność oraz za to, że “wspólnie znowu zdaliśmy egzamin z tej otwartej chrześcijańskiej postawy”.

Metropolita złożył też podziękowania bratu Aloisowi i całej Wspólnocie z Taizé, że na miejsce tegorocznego spotkania wybrali Wrocław.

Prezydent Wrocławia Jacek Sutryk przypomniał słowa przeora Taizé z poprzedniego spotkania w Madrycie, na którym ogłoszono wybór Wrocławia, że jest to miejsce o znacznie sroższych zimach, ale za to mieszkają tam ludzie o gorących sercach. – Przykro mi, to pierwsze się nie sprawdziło, ale z pewnością to drugie – gorące serca Wrocławian i Dolnoślązaków – wszyscy pielgrzymi z pewnością odczuli – powiedział prezydent Wrocławia.

Przeor Wspólnoty z Taizé brat Alois podziękował z kolei organizatorom wrocławskiego spotkania, wolontariuszom pomagającym uczestnikom wydarzenia oraz rodzinom, które ugościły przybyłych we Wrocławiu i okolicach.

“Wiele serc zostało poruszonych gościnnością, zaufaniem, modlitwą. Młodzi modlili się w wielu kościołach w mieście oraz w Hali Stulecia. To wskazuje na to, że wiara jest siłą, która jednoczy. Chrystus nas jednoczy i przekracza wszelkie podziały” – zaznaczył.

Brat Alois podkreślił, że do Wrocławia przyjechali młodzi z całej Europy. – Potrzebujemy w Europie wzajemnego zrozumienia. Panuje zbyt wiele uprzedzeń i podziałów. Jako chrześcijanie możemy wnieść wkład w budowanie jedności naszego kontynentu.

Przeor Wspólnoty z Taize spotkał się w trakcie dnia z prymasem Polski abp. Wojciechem Polakiem. Prymas, nawiązując do hasła spotkania „Zawsze w drodze, nigdy nie wykorzenieni”, zaznaczył, że każdy z nas pragnie mieć korzenie i wzrastać. To pragnienie realizujemy zarówno w życiu osobistym jak i społecznym a zarazem jest w nas pragnienie wzrastania, ukazujące, że człowiek jest wolny. To pragnienie jest równocześnie we wspólnocie, Kościele, dla którego Jezus jest drogą, prawdą i życiem.

Z kolei brat Alois zauważył, że wszyscy odczuwamy, iż Kościół musi się zmienić. Nie ma to być całkiem nowy, ale ten sam Kościół. Chodzi o nowe formy mówienia o Ewangelii. Jan XXIII uchodził za człowieka bardzo tradycyjnego, ale zwołał II Sobór Watykański i podjął dzieło zmiany, aby Ewangelia była bardziej obecna w świecie. Dzisiaj stawiamy sobie pytanie co czynić, aby Dobra Nowina dotarła do świata?

Może trudność polega na tym – mówił br. Alois – że nikt nie ma gotowych odpowiedzi. Jednak spotkanie, takie jak nasze, jest próbą odpowiedzi, wskazuje na znaczenie gościnności, zaufania, by nie bać się innych. Takie obawy istnieją między różnymi krajami, podobnie jak z powodu wielu nowych sytuacji w świecie – dodał.

Podczas wieczornej modlitwy w Hali Stulecia brat Alois ogłosił miasto, które ugości w przyszłym roku uczestników 43. Europejskiego Spotkania Młodych. Będzie to Turyn we Włoszech, do którego młodzi przyjadą 28 grudnia 2020. Spotkanie potrwa tam do stycznia 2021 r.

Wcześniej brat Alois zachęcił młodych do zaangażowania w działania ekumeniczne na rzecz ochrony środowiska naturalnego człowieka. Przypomniał, że jak nas uczy Księga Rodzaju, wszyscy ludzie są odpowiedzialni za troskę o świat stworzony. Wyraził uznanie dla zaangażowania ludzi młodych na rzecz ochrony środowiska oraz bardziej wstrzemięźliwego stylu życia. Zauważył, że w obliczu gwałtownie postępujących zmian klimatu i środowiska naturalnego możliwe jest wspólne świadectwo różnych wyznań chrześcijańskich.

Przeor Wspólnoty z Taizé wskazał, że w obliczu katastrof przyrodniczych konieczne jest zakorzenienie w rzeczywistości niezmiennej, że w obliczu cierpień zawsze możemy zwrócić się w modlitwie do Boga. Dodał, że odpowiedzi Boga na nasze prośby nie można niczym zmierzyć.

Jednak „kiedy wszystko powierzamy Bogu, stajemy się bardzo głęboko solidarni ze swoim bliźnim, łączymy się z solidarnością samego Chrystusa, który dzisiaj cierpi z osobami przeżywającymi trudne doświadczenia. Modlitwa sprawia, że wyruszamy w drogę, dzięki niej stajemy się odpowiedzialni za innych i za siebie samych”.

Źródło: EKAI


Poznając charyzmat oblacki: Na czym polegają misje, misja oblacka?

Jak być misjonarzem skoro nie wiem czym jest misja? Misja to popularne słowo we wspólnocie Kościoła. Chrystus zaprasza nas, abyśmy poszli za Nim i uczestniczyli w Jego misji poprzez słowo i pracę. W tym filmie o. Marcin Serwin OMI wyjaśni nam jak św. Eugeniusz de Mazenod rozumiał czym jest misja i jak odkrywać i realizować naszą życiową misję. Czy odważysz się na to wyzwanie?

Cykl nagrań dotyczących charyzmatu oblackiego, realizowany jest przez oblackie duszpasterstwo młodzieży w Kanadzie.

(źródło: Oblaci.pl)


Rok 2019 z papieżem Franciszkiem

Ciągle przypomina, że głoszenie Ewangelii jest najważniejsze i robi to niestrudzenie. Odbył w tym roku 7 podróży apostolskich, podczas których odwiedził 11 krajów na 4 kontynentach, pobijając tym samym rekord pontyfikatu. Od Światowych Dni Młodzieży w styczniu, aż po 50. rocznicę swoich święceń w grudniu - był to dla Papieża Franciszka pracowity rok.

Po zakończeniu wizyty w Panamie kolejną podróżą Ojca Świętego była pielgrzymka do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, gdzie podpisał historyczny dokument o ludzkim braterstwie z wielkim imamem al-Azhar. W Maroku ponownie podkreślił znaczenie dialogu międzyreligijnego. W Bułgarii, północnej Macedonii i Rumunii zachęcał do jedności chrześcijańskiej. W Mozambiku, na Madagaskarze i Mauritiusie wypowiadał się w obronie ubogich i stworzenia. W Tajlandii zaapelował o promowanie praw kobiet i dzieci, natomiast w Japonii jego przesłanie koncentrowało się na pokoju i rozbrojeniu nuklearnym. Papież odwiedził także Camerino we Włoszech, gdzie odwiedził ofiary trzęsienia ziemi w regionie. W Loreto podpisał posynodalną adhortację dla młodzieży, a w Greccio, mieście, w którym św. Franciszek zbudował pierwszą szopkę, Papież ogłosił swój list o znaczeniu żłóbka.

Ojciec Święty w mijającym roku spotkał się z wiernymi na 41 audiencjach generalnych, podczas których podejmował refleksję nad modlitwą Ojcze Nasz i Dziejami Apostolskimi, oraz w rozważaniach przed modlitwą Anioł Pański i Regina Caeli. Oprócz tego wygłosił ponad 100 homilii, w tym 44 podczas Mszy w Domu św. Marty, a także około 260 przemówień w Rzymie oraz podczas zagranicznych podróży apostolskich. Opublikował także liczne orędzia, listy, dokumenty i wywiady.

Centralnym przesłaniem, które pojawiało się w każdej wypowiedzi papieskiej, była prawda o tym, że Bóg kocha człowieka i w Jezusie oddał za niego swoje życie. Papież Franciszek nieustannie zachęcał do zwracania się do jedynego i prawdziwego Boga. „Idole być może zmienili swoje imiona, ale są dziś obecni bardziej niż kiedykolwiek. Pieniądze, sukces, kariera, samorealizacja, przyjemność: obiecują szczęście, ale go nie dają” – mówił Papież.


Rozważanie na wtorek, 31 grudnia

J 1,1-18
Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. Pojawił się człowiek posłany przez Boga, Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o Światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz posłanym, aby zaświadczyć o Światłości. Była Światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego, którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: «Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie». Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali łaskę po łasce. Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa. Boga nikt nigdy nie widział. Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył.

Święty Jan na początku Ewangelii wychwala Słowo, przez które wszystko się stało. Ono jest początkiem i końcem wszystkiego. Poznając życie Jezusa, dobrze o tym pamiętać. Szczególnie wtedy, gdy rozważamy Jego mękę i śmierć. Dzisiaj, kiedy kończy się stary rok, a za chwilę rozpocznie się nowy, uświadamiajmy sobie na nowo tę prawdę, że Chrystus jest Słowem, które jest Alfą i Omegą, Początkiem i Końcem. Pamiętajmy o tym, kiedy w naszym życiu przeżywamy słabości, trudności, kiedy wydaje się nam, że Bóg jest daleki od nas. On przecież nas stworzył i na nas czeka w królestwie niebieskim.

o. Adam Hetman OMI


Minął drugi dzień 42. Europejskiego Spotkania Młodych

“Ludzka wrażliwość na innych, braterstwo, należą do wartości najważniejszych” – tym przesłaniem podzielił się z młodymi brat Alois, przeor Ekumenicznej Wspólnoty z Taizé podczas wieczornej modlitwy w drugim dniu 42. Europejskiego Spotkania Młodych we Wrocławiu. Jego uczestnicy modlili się wczoraj podczas niedzielnych Mszy św. w ponad 100 wrocławskich parafiach, odwiedzili miejsca, w których pomaga się potrzebującym a także wzięli udział w 22 spotkaniach tematycznych, poświęconych duchowości, życiu Kościoła, społeczeństwa, a także powiązaniu między sztuką a wiarą. Tegoroczne Spotkanie przebiega pod hasłem „Zawsze w drodze, nigdy nie wykorzenieni”. Bierze w nim udział ok 15 tys. młodych z ponad 60 krajów Europy i innych kontynentów.

W niedzielę 29 grudnia, w drugim dniu 42. Europejskiego Spotkania Młodych, uczestnicy wzięli udział w celebracjach eucharystycznych w ponad 100 goszczących ich parafiach archidiecezji wrocławskiej.

W kościele św. Katarzyny we Wrocławiu Mszy św. przewodniczył br. Marek ze wspólnoty Taizé. Słowo do zgromadzonych wygłosił przeor wspólnoty br. Alois. Zachęcał młodych do troski o cierpiących, upokarzanych, opuszczonych, chorych, cudzoziemców i bezrobotnych. „Przekraczajmy granice, tak jak Jezus” – zaapelował. Przypomniał, że Kościół jest rodziną osób, które kochają Chrystusa i dzisiaj chcą iść za Nim. Dodał, że „ludzkość jest jedną rodziną i doświadczamy tego, kiedy idziemy razem”.

Brat Alois odniósł się też do hasła tegorocznego ESP „Zawsze w drodze, nigdy nie wykorzenieni”, nawiązującego do osoby polskiej urszulanki św. Urszuli Ledóchowskiej. Zwrócił uwagę, że w dniu Bożego narodzenia Bóg wyruszył w drogę aby pojednać nas ze sobą , dołączając do nas pokornie jako ubogi. „Naśladując Chrystusa możemy wyjść do innych ludzi w podobny sposób. Do kogo? Nie tylko do tych, którzy nas kochają” – podkreślił przeor. „Nie obawiajmy się pójść do innych ludzi, do tych, którzy są od nas różni i starajmy się ich wysłuchać” – zachęcał.

Brat Alois tłumaczył, że poprzez wiarę dokonuje się zakorzenienie w Chrystusie. „W Nim i w ostateczności jedynie w Nim jest nasze bezpieczeństwo. To jest ta wiara, która wielu osobom pomogła przejść przez trudne chwile waszej historii. Wiara Maryi Dziewicy – jednocześnie pokornej i odważnej” – powiedział przeor wspólnoty z Taizé.

Zauważył też, że bardzo szybko zmieniający się świat wymaga poszukiwania nowych form, które sprawią, że Ewangelia będzie dostępna dla młodych pokoleń. „Zakorzenieni w Chrystusie nie obawiajmy się wielkich wstrząsów, które obecnie dotykają nasze społeczeństwa i Kościoły. Chrystus jest tutaj, jest z nami, On, który wszystko czyni nowe” –powiedział.

Msza św. w kościele św. Katarzyny transmitowana była przez TV Polonia.

W ramach spotkań porannych w poszczególnych parafiach przewidziano też wizyty w noclegowniach czy zakładach opieki leczniczej, jak np. w zakładzie opieki leczniczej u ss. Albertynek, do którego udała się grupa młodych przyjmowana w parafii św. Maurycego.

Po południu uczestnicy 42. Europejskiego Spotkania Młodych wzięli udział w 22 spotkaniach tematycznych, poświęconych duchowości, życiu Kościoła, społeczeństwa, a także powiązaniu między sztuką a wiarą. Kilka tysięcy młodych zgromadził w Hali Stulecia panel zatytułowany „Po co czytać Biblię dzisiaj” z udziałem abp. Grzegorza Rysia i br. Johna, głównego biblisty we wspólnocie Taizé.

Zdaniem abp. Rysia człowiek współczesny potrzebuje lektury Biblii z trzech powodów. Po pierwsze dlatego, że jest bombardowany milionami informacji, ale cierpi na brak sensu i nie jest w stanie go odnaleźć w tym morzu informacji. Po drugie – człowiek współczesny, w szczególności Europejczyk, jest dziś bardzo samotny, natomiast Biblia jest wielką księgą spotkania z miłością Boga, księgą, która przekonuje, ze Bóg nas szuka i kocha bezwarunkowo. Po trzecie – Biblia daje odpowiedź na najbardziej podstawowe pytania, jakie zawsze zadawał sobie człowiek i zadaje je sobie również dziś: o sens życia, sens miłości i sens cierpienia a wreszcie o sens śmierci. „ Bóg daje odpowiedź na te wszystkie pytania, stając się Słowem Wcielonym, kimś która pragnie osobowej, bezpośredniej relacji z każdym z nas” – powiedział abp Ryś. Wreszcie – jak zaznaczył – Biblia bardzo skutecznie uczy nas pokory, a to człowiekowi XXI wieku bardzo jest potrzebne.

Br. John podkreślił, że lektura Biblii jest dziś bardzo potrzebna, gdyż w dzisiejszym świecie stajemy się coraz bardziej głusi na świat Boga i transcendencji, przez co doświadczamy rozpaczy i mamy tak wielki problem z odnalezieniem sensu. – A tymczasem Bóg obecny w Biblii jest Bogiem, który chce bezpośrednio wejść w nasze życie, aby je przemienić i wprowadzić nas w przestrzeń miłości, którą bez żadnych warunków nam ofiarowuje – zauważył. Wyjaśnił, że lektura Biblii jest jakby „nauką nowego języka”, do czego dzisiejszy człowiek jest często nie przygotowany i stąd jego trudności z sięganiem to tej księgi.

Inne spotkanie, zatytułowane „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”, poświęcone listowi biskupów polskich do biskupów niemieckich z 1965 r. zgromadziło również liczne grono zainteresowanych z różnych krajów. Kilkadziesiąt osób wysłuchało wykładu na ten temat, który wygłosił dr Marek Mutor, dyrektor Centrum Historii Zajezdnia. Uczestnicy spotkania zapoznali się następnie z wystawą prezentującą powojenne dzieje Wrocławia. Zdaniem prelegenta za tym zainteresowaniem kryje się nie tylko ciekawość historyczna, ale także aktualność wyzwania pojednania we współczesnym świecie. Jest w nim bowiem sporo konfliktów, a wiele osób pyta o nadzieję na świat sprawiedliwy, żyjący w pokoju.

Emily z Francji wyznała, że przyciągnęła ją chęć poznania historii Wrocławia goszczącego 42 Europejskie Spotkanie Młodych. Zauważyła, że poprzez historię widzimy, jak działa w niej Bóg. Uderzyło ją zdanie dr. Mutora, że nawet, jeśli dzieje są bardzo skomplikowane, pojednanie jest zawsze możliwe. Dla przybyłego ze stolicy Ukrainy Dmytro, kwestia pojednania jest szczególnie ważna dla jego ojczyzny uwikłanej w konflikt z Rosją. Dzieje pojednania polsko-niemieckiego wskazują też na znaczenie czasu w procesie pojednania. Jerome ze Szkocji przyznał, że chciał się zapoznać z tematem, którego zupełnie nie znał, a spotkanie w Centrum Historii Zajezdnia uświadomiło mu jak mało wie o Europie Środkowej i jej dziejach, ale także o możliwościach i szansach na pojednanie.

O godz. 19 w Hali Stulecia i w sześciu wrocławskich kościołach rozpoczęła się modlitwa wieczorna. Przestrzeń wypełniły dobrze znane wszystkim kanony z Taizé, śpiewane w wielu językach przez kilkanaście tysięcy młodych z ponad 60 krajów świata. Rozważanie brata Aloisa odczytane zostało w języku angielskim i polskim w Hali Stulecia. Brat Alois w tym czasie modlił się wraz z inną grupą uczestników spotkania we wrocławskiej katedrze. Wśród uczestników modlitwy w katedrze byli również m.in. abp Józef Kupny, metropolita wrocławski oraz metropolita łódzki, abp Grzegorz Ryś.

W swoim rozważaniu przeor Taizé podzielił się doświadczeniem ze spotkania w Kapsztadzie w Afryce Południowej w dniach 25-29 września b.r. Przypomniał, że w kraju tym nadal trwają głębokie rany bolesnej przeszłości, a biali, czarni, „kolorowi” żyją w różny sposób i prawie się nie spotykają. W takiej sytuacji trudno było prosić mieszkańców, żeby przez pięć dni gościli młodego człowieka, nie wiedząc wcześniej, czy będzie czarny, biały, czy będzie metysem… Gościnność była wyzwaniem szczególnym i miała niezwykłą wartość.

„We wszystkich naszych krajach jesteśmy wezwani, by przyjmować osoby przybywające z innych państw, czasem z bardzo daleka. To burzy nasze przyzwyczajenia i może wywoływać poczucie niepewności. Równocześnie jednak jest bardzo wzbogacające” – powiedział brat Alois. Wyraził uznanie dla gościnności w Polsce dla Ukraińców, którzy we Wrocławiu są drugą po Polakach grupą narodowościową.

Przeor Taizé podzielił się także doświadczeniem wspólnoty, która od samego początku swego istnienia przyjmuje uchodźców. Przytoczył historię młodego Sudańczyka, który pokonał wiele trudności by dotrzeć do Francji, znalazł schronienie w Taizé a po kilku tygodniach zmarł na serce. Przytoczył reakcję jego matki, muzułmanki, która cały ten dramat powierzyła Bogu.

Brat Alois podkreślił także sytuację osób marginalizowanych, czy doznających biedy. Dodał, że nawet pośród tych, którym materialnie niczego nie brakuje, są osoby zastanawiające się nad sensem istnienia, jakby pozbawione przynależności, obce na ziemi. „Jak się do nich zbliżyć, wysłuchać je, przejąć się ich sytuacją?”- zapytał zakonnik.

Na zakończenie swego rozważania przeor Taizé stwierdził: „Ludzka wrażliwość na innych, braterstwo należą do wartości najważniejszych”. Zapowiedział, że jutro rano w parafiach, uczestnicy 42 Europejskiego Spotkania Młodych będą zastanawiać się nad tym w małych grupach, dzieląc się refleksjami na podstawie fragmentu Biblii. „Przypomnijmy sobie, jak Jezus szedł do chorych, wykluczonych, obcych. Znajdziemy tam inspirację, która wskaże, jak dzisiaj my możemy postąpić”- zachęcił brat Alois.

Po wysłuchaniu rozważań br. Aloisa uczestnicy spotkania podjęli modlitwę kanonami z Taizé. Rozpoczęła się też adoracja krzyża, który został umieszczony w centrum Hali, tak, by każdy mógł podejść i dotykając go pomodlić się chwilę.

Rozpoczęte wczoraj 42. Europejskie Spotkania Młodych przebiega pod hasłem „Zawsze w drodze, nigdy nie wykorzenieni”. W wydarzeniu uczestniczy 15 tys. chrześcijan z ponad 60 krajów, głównie europejskich, lecz obecni są też młodzi z innych kontynentów. ESM organizowane jest w Polsce po raz piąty.

 

Źródło: EKAI


Wrocław: przeor Taizé zachęca młodych do zaufania Bogu

„Uwierzmy, że Bóg nas prowadzi. Trzeba nam porzucić lęk i wybrać zaufanie. Zaufanie do Boga i zaufanie do innych ludzi” – mówił na rozpoczęcie 42. Europejskiego Spotkania Młodych przeor ekumenicznej Wspólnoty z Taizé. Brat Alois podziękował mieszkańcom stolicy Dolnego Śląska za gościnność. Przypomniał, że przed trzydziestu laty, podczas pierwszego wrocławskiego spotkania, wiał wiatr entuzjazmu i wolności, niosąc wspaniałą nadzieję.

Brat Alois wskazał, że „dzisiaj kolejny etap pielgrzymki zaufania odbywa się w trudniejszej sytuacji. Tym niemniej młodzi pragną, aby rosła jedność i solidarność, by, znalazło się miejsce dla najuboższych”. Odpowiadając na ten apel uczestnicy spotkania odwiedzą między innymi osoby chore i starsze. „Chcemy odwiedzić te miejsca, w których spotkanie nie będzie się mogło aktywnie odbywać: są to noclegownie zakłady opieki leczniczej - mówi wolontariuszka Justyna Tarsa. – Takim przykładem jest zakład opieki leczniczej u albertynek, do którego grupa młodych przyjmowana w parafii św. Maurycego będzie mogła pójść i trochę pobyć z tymi osobami na zajęciach”.

Właśnie parafie są ważnym miejscem, w których przyjmowani są uczestnicy spotkania. Dzisiaj rano wzięli oni udział w niedzielnych Mszach świętych. Mówi Mateusz z parafii świętych Stanisława, Doroty i Wacława, która przyjęła 40 młodych z Austrii, Ukrainy, Litwy oraz Polski: „Ludzie są gościnni i czują się w pewien sposób odpowiedzialni. Myślę że jest to takie wydarzenie, w które warto się zaangażować i zrobić też coś dla życia swojej parafii. Pokazać gościom z innych krajów, jak to wygląda parafia w Polsce, jak wygląda modlitwa, jak wygląda nasza codzienność”.

Po południu uczestnicy 42. Europejskiego Spotkania Młodych biorą udział w 22 spotkaniach tematycznych, poświęconych duchowości, życiu Kościoła, społeczeństwa, a także powiązaniu między sztuką a wiarą.

źródło: Radio Watykańskie


Rzecznik KEP o najważniejszych wydarzeniach w Kościele powszechnym w 2019 roku

Światowe Dni Młodzieży w Panamie z udziałem papieża Franciszka, watykański szczyt o ochronie małoletnich w Kościele, list apostolski „Vos estis lux mundi”, pożar katedry Notre Dame w Paryżu, Nadzwyczajny Miesiąc Misyjny, zgromadzenie plenarne Rady Konferencji Episkopatów Europy w Santiago de Compostela, Synod Biskupów dla Amazonii oraz rozpoczęcie tzw. „Drogi Synodalnej” Kościoła w Niemczech – to, zdaniem Rzecznika KEP, główne wydarzenia w Kościele powszechnym w mijającym roku 2019.

Rzecznik KEP, ks. dr Paweł Rytel-Andrianik zwraca uwagę na najważniejsze wydarzenia w mijającym roku w Kościele powszechnym:

Rok 2019 rozpoczęły 34. Światowe Dni Młodzieży w Panamie z udziałem papieża Franciszka pod hasłem: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa Twego”. Wzięło w nich udział ok. 150 tys. młodych ludzi ze 156 krajów świata, w tym 3500 Polaków. We Mszy Świętej Posłania na błoniach im. Św. Jana Pawła II w Metro Park uczestniczyło 700 tys. osób.

W dniach 21-24 lutego odbył się w Watykanie szczyt przewodniczących episkopatów z całego świata na temat ochrony nieletnich w Kościele przed wykorzystywaniem seksualnym. Jego rezultatem był list apostolski motu proprio „Vos estis lux mundi”, który obowiązuje od 1 czerwca 2019 r. Nakłada on na konferencje episkopatów obowiązek ustanowienia procedur składania powiadomień o przestępstwach seksualnych w Kościele.

W kwietniu spłonęła katedra Notre-Dame w Paryżu. Po pożarze wiele krajów, w tym Polska, zadeklarowało chęć włączenia się w odbudowę świątyni poprzez deklaracje finansowego wsparcia.

We wrześniu papież Franciszek odwiedził Mozambik, Madagaskar i Mauritius. We Mszy św. i czuwaniu na Polu Soamandrakizay na Madagaskarze uczestniczyło milion osób. Papież w swoich przemówieniach nawiązywał do problemów ubóstwa, bezrobocia, korupcji polityków. „Cierpienie i ubóstwo nie należą do Bożego planu” – mówił.

Przez cały październik trwał Nadzwyczajny Miesiąc Misyjny pod hasłem: „Ochrzczeni i posłani: Kościół Chrystusa w misji w świecie”.

W dniach 3-6 października odbyło się w Santiago de Compostela zgromadzenie plenarne Rady Konferencji Episkopatów Europy (CCEE) pod hasłem: „Europa – czas przebudzenia? Znaki nadziei”. W orędziu końcowym wydanym na zakończenie obrad, przewodniczący episkopatów wezwali Europę do przebudzenia się i ponownego odkrycia własnych korzeni: „Zbudź się, Europo! Odkryj na nowo swoje korzenie!”

Również w październiku odbył się w Watykanie Synod Biskupów dla Amazonii pod hasłem: „Amazonia: nowe drogi dla Kościoła i ekologii integralnej”. Poświęcony był on ewangelizacji tego regionu oraz problemom, z jakimi borykają się jego mieszkańcy, w tym również ekologii.

W listopadzie papież Franciszek udał się z pielgrzymką do Tajlandii i Japonii. Głównymi punktami pobytu Papieża w Japonii była wizyta przy pomniku Męczenników na Wzgórzu Nishizaka w Nagasaki oraz przy pomniku Pokoju w Hiroszimie, gdzie wygłosił orędzie na rzecz pokoju. Hasłem tej pielgrzymki były słowa: „Chronić każde życie”.

W pierwszą niedzielę Adwentu Kościół w Niemczech rozpoczął tzw. „Drogę Synodalną”, w obrębie której będzie toczyć się debata na cztery tematy: podziału władzy w Kościele, nowych urzędów dla kobiet w Kościele, celibatu i katolickiej etyki seksualnej. „Droga Synodalna” ma potrwać dwa lata. Pierwsza sesja odbędzie się w dniach 30 stycznia – 1 lutego 2020 r. we Frankfurcie nad Menem.

 

Źródło: KAI


Rozważanie na poniedziałek, 30 grudnia

Łk 2,36-40
Gdy Rodzice przynieśli Dzieciątko Jezus do świątyni, była tam prorokini Anna, córka Fanuela z pokolenia Asera, bardzo podeszła w latach. Od swego panieństwa siedem lat żyła z mężem i pozostała wdową. Liczyła już osiemdziesiąty czwarty rok życia. Nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą. Przyszedłszy w tej właśnie chwili, sławiła Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy. A gdy wypełnili wszystko według Prawa Pańskiego, wrócili do Galilei, do swego miasta Nazaret. Dziecię zaś rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim.

W życiu potrzeba wiele cierpliwości. Doświadczamy tego na przykład w szkole. Gdyby nie cierpliwość w nauce, niczego byśmy się nie nauczyli, nic byśmy nie zdobyli. I doskonale rozumiemy, że tak to już jest. W życiu duchowym cierpliwość też jest potrzebna. Jednak ze zrozumieniem tego już różnie u nas bywa. Chcielibyśmy od Boga otrzymać natychmiast to, o co prosimy. Prorokini Anna dzisiaj uczy nas jednak innej postawy. Ona całe życie spędziła w świątyni, a dopiero na jego końcu zobaczyła Zbawiciela. Również i my oczekujmy z cierpliwością przyjścia Pana.

o. Adam Hetman OMI