9 września| NINIWA Team

West Coast Ireland, dzień 15. Sześć euro luksusu i niniwowy klub morsa

Czyli o tym, jak alert RCB „ojciec śpi w przedpokoju” przeradza się w olimpiadę „skok przez ojca”. Oraz o naszym irlandzkim, niewiernym kochanku – słońcu.

Zanim pójdę spać, wracam z pubu. Mam lekko zdarte gardło, ale wieczór pełen śpiewania opłacił się choćby po to, żeby od dumnego szefa baru usłyszeć: „Good job” i „You can come tomorrow too”. Oczy kleją mi się niemiłosiernie, tak że ledwo zmuszam się do spojrzenia w niebo pełne gwiazd. Malutkie punkciki błyszczą dziś na ciemnym niebie, a dla nas zwiastuje to nieśmiałą myśl: a co, jeśli jutro będzie dobra pogoda?

Wchodzę po schodach i nagle pada na mnie czerwone światło. Nie razi po oczach, ale w tym stanie otumanienia cała sytuacja wydaje mi się dość abstrakcyjna. Nagle słyszę: „Ććć, ććć… oceniamy skok przez ojca”.

A więc tak. Chcę tylko dotrzeć do pokoju, a nawet bez możliwości wyboru staję się pierwszą uczestniczką tej zacnej olimpiady. Ojciec się nie obudził. No, chyba zasłużyłam na medal.

Noc w hotelu brzmi jak sen, a jednak jest jawą. Przeciętny człowiek obudziłby się pewnie pod wpływem intrygującego odoru unoszącego się w powietrzu. Ja wyczuwam odrobinę stęchlizny, nutkę torfowego błota i delikatny, znikający w oddali zapach nadziei, że podczas tej wyprawy „w kwestii zapachu wrócimy do normy”.

W tym odorze śpimy.
W tym odorze się budzimy. Ale to nie ma znaczenia, bo tego poranka wielu z nas odnosi mały, osobisty sukces. Niepewna dłoń wędruje w kierunku kaloryfera, żeby po chwili z uśmiechem zwycięzcy stwierdzić: „Jest suche!”.

Ta radość nie potrwa długo, satysfakcja jednak pozostaje. Spokojna głowa – tak zakonserwowane suchością ubranie można bezpiecznie schować do plecaka bez obaw, że w jego wnętrzu za chwilę narodzi się nowa cywilizacja.

Z osiemnastominutowym opóźnieniem stajemy w okręgu na wschodzie słońca. Z nieba zaczynają spadać krople deszczu, a my nie wiemy jak, kiedy i skąd, no bo przecież już było tak dobrze.

Ruszamy. Za plecami widzę górę Brandon. Zostawiam go w tyle i wcale mi go nie żal. Po tym, co ostatnio odstawił, niech sam radzi sobie z wichurami, deszczem i psią pogodą. Skoro tak traktuje poczciwych wędrowców, skazany jest na samotność.

Zdrajców na naszej drodze mamy już dość. A słońce pogrywa z nami niemiłosiernie. Raz razi mnie w oczy ostrym, porannym światłem, żeby chwilę później zmusić mnie do schowania się pod stęchłą płachtą przeciwdeszczową. Irlandzki toksyczny romans trwa w najlepsze. Podczas marszu rozpieszcza nas swoim ciepłem, tylko po to, żeby podczas przerwy śniadaniowej zniknąć bez słowa.

Schodzimy z asfaltu i robi się ciekawie. Spotykamy pana. Bardzo miłego pana. Pan coś do nas mówi. Mówi jednak w taki sposób, że nasze źrenice robią się wielkie, a uszy zaostrzone. Wspólnymi siłami próbujemy rozwiązać językową zagadkę – dialekt języka angielskiego, w którym każde kolejne słowo brzmi jak osobna łamigłówka.

Uśmiechamy się, kiwamy głowami i mamy nadzieję, że powiedział coś, z czym zdecydowanie się zgadzamy.

Idę i nie mogę powstrzymać zachwytu. Jeśli o jakiejś Irlandii marzyłam, to właśnie tutaj ją spotykam. Nie dowierzam, jak niewiele potrzeba. Pod palcami chlupocze woda – z bagna lub innego torfowiska – ale w obliczu rozległych pól, łagodnych pagórków i promieni świeżego słońca mam wszystko.

Czuję się częścią spektaklu, który co czterdzieści minut zaprasza na ośmiominutową przerwę, żeby dać ulgę ociężałym nogom. Pragnę już tylko patrzeć.

Po paru zdjęciach dostrzegam bezsens swoich starań. Nie potrafię uchwycić tego piękna. Telefon zapisuje obraz, ale nie zapisuje tego uczucia, które pojawia się gdzieś pomiędzy zachwytem a niedowierzaniem. Chcę więc przestać fotografować i po prostu to zachować w sobie na zawsze.

West Coast Ireland, dzień 15 [ZDJĘCIA]

Zmierzamy w kierunku wioseczki. Stamtąd już tylko sześć kilometrów do celu. Mały sklepik wita nas lokalnymi produktami, lodami i cenami z kosmosu. Ładujemy baterie, uzupełniamy zapasy i ruszamy w kierunku wybrzeża.

Plan był prosty: śpimy na plaży. Czy to znowu senne marzenie? Sama mam wiele wątpliwości, choć w głębi duszy pragnę tego najbardziej na świecie.

Schodzimy asfaltową drogą, a po prawej stronie pojawia się ocean. Błękitna woda leniwie rozlewa się po jasnobrązowym piasku plaży.

Myślę nieśmiało: „Czy… czy to nasz nocleg?”.

Zanim jednak zapadną ciemności, narada i plan działania. Rozkładanie namiotów, potem msza i co kto lubi. Dla każdego coś dobrego.

A później pojawia się kolejny punkt programu: kąpiel.

Bywają i śmiałkowie, którzy więcej niż oleju w głowie mają smrodu na sobie. To przekonanie – tkwiące głównie w głowie – dodaje im pewności, że pływanie w oceanie będzie najlepszym kąpaniem, jakie przyjdzie im dzisiaj zaliczyć.

No i co? Mają rację.

Każdy z nas miał wybór. Niektórzy godzą się na ten sadystyczny czyn, inni podśpiewują pod nosem: „Śmierdziele, śmierdziele, smrodu mamy tutaj wiele…”.

Ten hit dziecięcych czasów przypomina mi o kołysankach, a te z kolei przypominają, że najwyższy czas na odpoczynek.

Wsuwam się do śpiwora. Zanim zdążę założyć stopery – będące szczelną ochroną przed jednostkami chrapiącymi w naszym teamie – słyszę melodię szumiącego oceanu i szmer kęp traw porastających wydmy.

I nagle cały ten dzień – z deszczem, mokrymi ubraniami, torfem, smrodem, zmęczeniem i irlandzkim słońcem – wydaje mi się dokładnie taki, jaki powinien być.

Zamykam oczy i przypominam sobie książkę z kawiarni literackiej, która przykuła moją uwagę parę dni wcześniej. Moje myśli pochłaniają postaci z irlandzkiego folkloru – selkie.

Według podań selkie potrafią przybierać ludzką postać, ale ich prawdziwym domem zawsze pozostaje morze. Jeśli ktoś ukryje foczą skórę jednej z nich, istota zostaje uwięziona na lądzie i może związać się z człowiekiem. Jednak tęsknota za oceanem nigdy nie znika. Gdy tylko odzyska swoją skórę, wraca do morza.

Myślę o tym, leżąc kilka metrów od oceanu.

I przez chwilę wydaje mi się, że to oczywiste – są miejsca, w których pozostawiamy część siebie. Wtedy stwierdzam że muszę tu wrócić, tak mi tu dobrze – pomiędzy wydmami, torfowiskami i oceanem.

A może po prostu po całym dniu marszu jestem już tak zmęczona, że myśli majaczą mi w głowie.

Ocean szumi coraz ciszej. Trawy poruszają się na wietrze. A ja, zanim moje myśli zawędrują dalej, zasypiam.

Klara Baron


Bilans dnia:

  • start: An Clochán
  • cel: Inch Beach
  • dystans: 24 km
  • suma przewyższeń: 538 m

Partnerzy wyprawy:

niniwa.pl

Redakcja portalu niniwa.pl

WYDARZENIA Czytaj więcej
NAJNOWSZE WPISY: