4 sierpnia| NINIWA Team

Eurotrip, dzień 9. Włoska sjesta

Kolejny dzień, kolejna taka noc. Po wczorajszym korzystnym dla nas zarządzeniu naszego lidera, dowódcy stada – ojca Patryka – budzimy się o 5:00. Godzina snu więcej dla nas. A nie, chwila… Komuś dzwoni budzik już od 4:00. Kim jest ten pilny wyprawowicz?

Wybieramy nasze najlepsze i wciąż pachnące stroje rowerowe, dopinamy sakwy, zakładamy kaski i wsiadamy na nasze ogniste rumaki.

Jeszcze szybkie pożegnania. Na krótką chwilę rozłączamy się z Tomkiem W. z przyczyn Bogu wiadomych. Tomek będzie śmigał przez Mediolan, stolicę mody. W końcu trzeba się pochwalić nowym nabytkiem przed światem, a dokładnie czapeczką ze Stelvio.

Jedziemy spokojnie pierwszy odcinek, kiedy nagle słyszymy słowa Andrzeja wypowiadane z ogromnym uśmiechem na twarzy:

– Misiaki! Podjazd przed nami!

No i nareszcie. Po wczorajszym dniu to za płasko na nasze rozgrzane nogi. Andrzej to wie, jak wywołać uśmiechy na naszych twarzach z samego rana.

Dzisiejsze wyzwanie to 1000 m przewyższenia na 13-kilometrowym podjeździe. Gotowi do jazdy? Czas, start!

– Kto ostatni, ten lider! – krzyczy Manu.

Walka się zaczęła.

Zrzucamy przerzutki i powoli przemieszczamy się coraz wyżej, wyżej i wyżej. Jeszcze trochę i dotkniemy chmur. Widoki niczym z „Władcy Pierścieni” – zieleń pagórków, majestatyczność gór. Przy zakrętach często czekają na nas niespodzianki. Czasem piękne alpejskie krowy, innym razem osiołki lub domki z jacuzzi na dworze. Ach, ale by się wskoczyło do takiej wody.

Dzisiejszym king of the mountain zostaje Olek. No nie ma mocnych, łydka dobrze podaje. Manu zdobywa tytuł queen of the mountain. Wjeżdża niczym istna maszyna, a to wszystko tylko po trzech godzinach snu. Skąd ta dziewczyna bierze tyle energii?

Jaka nagroda? Piękne widoki i prywatna toaleta na szczycie.

Przed zjazdem udaje nam się jeszcze wyleżeć na zielonych pastwiskach. Aż ciężko wracać do tego siedzenia na siodełku, ale przed nami długi zjazd.

Rozpędzeni po serpentynach dojeżdżamy na pierwszą przerwę. Ceny są już nieco lepsze niż w Austrii, no i oficjalnie można, a nawet trzeba jeść nieograniczoną liczbę croissantów. W końcu jesteśmy we Włoszech. Taka sama zasada obowiązuje też z pizzą i tiramisu.

Trzydzieści minut upływa nieubłaganie zbyt szybko. Wsiadamy na rowery i ruszamy w dalszą podróż.

Eurotrip, dni 8–9 [ZDJĘCIA]

Para prowadząca ma widok niczym z pierwszego rzędu na światowym pokazie. Jakie te włoskie miasteczka są malownicze! Widoki zdecydowanie pierwsza klasa, ale temperatura przypomina trochę nagrzewający się piekarnik. Co będzie pieczone? Oby nie cała grupa zgrzanych rowerzystów. Patrząc po zapachu, nie bylibyśmy najsmaczniejsi.

Takie warunki doprowadzają do niecodziennej decyzji. Przerwa obiadowa następuje nieco wcześniej. Nic, tylko się cieszyć. Włosi mają sjestę codziennie, to nam też się należy od czasu do czasu.

Czas na zakupy obiadowe. Wybór taki, że o, ho, ho… – nuggetsy, sałatki, lody i wiele innych. Posileni przeżywamy wspólnie Eucharystię. Chwila wytchnienia dla naszej duszy.

Odpoczywamy, uzupełniamy bidony oraz kalorie i ruszamy w dalszą przygodę. Ile jeszcze do końca? Czasami lepiej nie wiedzieć.

Temperatura sięga 40 stopni. Jeszcze trochę i osiągniemy moment, w którym białko zaczyna się ścinać. Dbamy o nawodnienie, chociaż bidony niektórych z nas powodują, że woda przypomina bardziej zupę, i to taką świeżo zdjętą z palnika.

Nagle pojawia się niesamowity widok. Aż zapiera dech w piersiach. To jezioro Iseo. Turkusowa woda rozciąga się dookoła, powyżej góry i te klimatyczne włoskie domki. Od razu lepiej się jedzie!

Aż grzech nie skorzystać. Zatrzymujemy się, bez zastanowienia ubieramy stroje kąpielowe i wskakujemy do ciepłej wody. Cóż to za ukojenie!

Rozpoczynamy skoki do wody. Maciek P. odważnie skacze z dużej wysokości. Skok na ocenę 5, piękny plusk. Dziewczyny decydują się na skok z pomostu. Tylko ile zachodu, żeby się na niego wdrapać.

Po takiej kąpieli dostajemy nową dawkę energii. Ostatnie kilometry do sklepu i szukamy noclegu.

W końcu naszym szczęśliwcom – Manu, Jagodzie i Szymonowi – udaje się znaleźć kawałek ziemi dla nas.

Teraz tylko śpiewamy apel i ścigamy się do szlaucha, chociaż niektórzy uważają, że częste mycie skraca życie.

Czyści zasiadamy do kolacji, ale z racji tego, że jesteśmy w kraju pizzy i pasty, idziemy na miasto. Rozkoszujemy się tym cienkim ciastem okrytym puszystym serem.

I tak minął poranek i wieczór dnia dziewiątego.

Zosia Iwan


Bilans dnia:

  • (zaktualizujemy)

Nocleg: Fontane Zurane, Włochy

niniwa.pl

Redakcja portalu niniwa.pl

WYDARZENIA Czytaj więcej
NAJNOWSZE WPISY: