Eurotrip, dzień 23. Na podbój San Marino
…i z powrotem do Włoch.
Nadchodzi poranek. Godzina około czwartej nad ranem. Budzikowy budzi nas piosenką i kolejną wiązanką zwrotów wypowiedzianych przez głośnik za pomocą Tłumacza Google.
Grawitacja skutecznie powstrzymuje nas od wstania z naszych karimat, a chłodny poranek nie ułatwia decyzji o opuszczeniu śpiwora. No nic, trzeba się wreszcie ruszyć.
Z bojowym nastawieniem po porannym kółku ruszamy na podbój San Marino, od którego dzieli nas tylko 45 km i skromne 1400 m przewyższeń. Normalnie podjazd z rana jak śmietana. Na początku jest jeden podjazd… a za nim kolejny i kolejny. W sumie pięć podjazdów, a uśredniając, każdy z nich liczy sobie około 5 km i 300 m w górę. Nie licząc skromnych awarii typu zablokowany łańcuch i wkręcone rzeczy w koło, jedzie nam się jak z płatka.
Pierwszą premię górską zdobywa sam lider, o. Patryk. Mimo tego, że jego konkurencja spokojnie podprowadzała rowery z tyłu grupy, nie wiedząc nawet, że był wyścig. No nic, gratulujemy i życzymy dalszych sukcesów.
Nie jest to łatwy dystans. Po 5,5 godziny drałowania pod górę zdobywamy nasz cel. San Marino! Kolejny kraj na liście zaliczony. Robimy pamiątkowe zdjęcia i cieszymy się wolnym czasem na Starym Mieście, zajadając się lodami i kupując pamiątkowe magnesy.
Po opuszczeniu tej jakże niezrównanej Republiki zjeżdżamy do nadmorskiego Rimini, w którym robimy zakupy i spędzamy półtoragodzinną przerwę.
Odłącza się od nas ekipa poszukująca. Tym razem nie chodzi o szukanie szczęścia w życiu, tylko kół na wymianę popękanych obręczy. Chłopaki odwiedzają kilka sklepów rowerowych, szukając już kolejny dzień potrzebnych kół, ale, tutaj pozwolę sobie zaspoilerować, niestety nie znajdują pożądanych części i dojeżdżają do nas prosto na nocleg.
Po przerwie wyruszamy na ostatni już odcinek tego dnia. Teraz już tylko płasko. Śmigamy naszym rozpędzonym peletonem, wesoło podskakując na dziurach, i w mgnieniu oka kończymy jazdę na dziś. Robimy zakupy na kolację i śniadanie i rozpoczynamy szukanie noclegu.
Przyjmuje nas bardzo miły ksiądz, ojciec Alberto. Na miejscu jest luksus. Mamy szlauch z wodą, energię elektryczną, toalety i boisko do piłki nożnej. Na tym ostatnim zaraz po przyjeździe całkiem pokaźna reprezentacja naszej grupy stacza zacięty pojedynek z Francesco, lokalsem, który akurat grał sobie w piłkę.
Ostatnim punktem dnia jest Msza Święta, którą przeżywamy w kaplicy kościoła. Wzruszające jest to, że możemy ją odprawić w „cywilizowanych warunkach”. To taka namiastka normalności. Nasze bogactwo, to pozytywne, które pozwala nam docenić to, czego nie mamy na wyprawie, a mamy na co dzień.
Zasypiamy pod niebem pełnym gwiazd, z myślą i otwartością na to, co przyniesie nam jutrzejszy dzień.
Tomasz Walke
Bilans dnia:
- dystans: 108 km
- czas jazdy: 7 h 14 m
- średnia prędkość: 15 km/h
- suma wzniesień: 1486 m
Dystans całkowity: 2502 km
Nocleg: Cervia, Włochy








