2 sierpnia| Wiadomości

Eurotrip, dzień 6. Byle do niedzieli

„Boli mnie głowa i nie mogę wstać” – tych słów nie wypowiada żaden z Niniwitów dzisiejszego poranka.

Budzimy się w ciepłym domu – jedni na podwójnych małżeńskich łożach, inni na podłodze, otuleni śpiworem. Jakie były kryteria podziału? Tego się nie dowiemy. Ważne, że wszyscy wyspani. Budziki wskazują godzinę 4:00. W końcu kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje – to żal nie skorzystać.

Z lekko przymrużonymi oczami jemy nasze śniadania. Dzisiaj królują płatki z mlekiem bądź owsianka, której konsystencją bliżej do zupy mlecznej niż czegokolwiek innego. Mamy predyspozycje w grupie na przyszłych szefów kuchni.

Dopinamy sakwy, zakładamy kaski i z włączonymi latarkami suniemy po asfalcie. Już na 10. km czeka na nas pierwsza niespodzianka – to rodzice Łukasza. Pozdrawiamy ich gorąco dzwonkami.

Podobno latające nisko ptaki zwiastują deszcz. Szkoda, że nas nie zdążyły ostrzec. Nagle łapie nas urwanie chmury. Teraz nasza jazda przypomina trochę park wodny, tylko że nie na pontonach, a na ukochanych rowerach.

Dojeżdżamy na pierwszą przerwę, podczas której zajadamy się smakołykami zostawionymi wcześniej przez rodziców Łukasza. Najedzona grupa rowerzystów serdecznie pozdrawia!

Niesamowicie punktualni ruszamy na kolejny odcinek. Dokładnie na 100. km udaje nam się wjechać do miasta Innsbruck. Przy akompaniamencie orkiestry grającej na rynku przejeżdżamy przez miasto. Niechcący przegapiamy zielone światło. Przepraszamy wszystkich kierowców chcących jechać dalej, ale to łańcuch Karoliny odmawia na chwilę posłuszeństwa.

Już niedaleko do przerwy obiadowej. Powoli słychać burczenie w brzuchach, a może to rozpoczynająca się nad nami burza? Chcemy jak najszybciej dojechać do miejsca postoju, aby uniknąć powtórki z rozrywki z deszczem. Rower Kamila ma jednak inne plany. Tak, zgadza się – to kolejna dętka. Niektórzy twierdzą, że dzień bez dętki jest dniem straconym. Może i racja, ale tylko do momentu, kiedy to nie ty jesteś wybrańcem.

Eurotrip, dzień 6 [ZDJĘCIA]

Przeżywamy wspólnie Mszę Świętą. Z kazania płynie puenta, aby rozpoznawać swoje myśli i nie podejmować pochopnych decyzji. Po Mszy następuje należyty dla nas odpoczynek. Pani z domku obok otwiera dla nas szeroko drzwi i pozwala skorzystać z toalety. Lepiej być nie mogło.

Czas leci nieubłaganie. Słyszymy dzwonek – pora wyruszać w dalszą drogę. Rozmowy umilają nam jazdę. Nagle z oddali widać znajomy nam strój – pomarańczowe barwy z naszej greckiej wyprawy. Kto to taki? To Olek! Pędzi z prędkością światła, witamy go gromkimi brawami. Nastroje się polepszają, z głośnika zaczyna lecieć muzyka. W końcu jest sobota, więc nastrajamy się odpowiednio na pierwszy wolny wieczór.

Chmury zbierają się nad naszymi głowami. Nie może być idealnie. Zaczyna się ulewa, ale nie jest nam już straszna. Zostały nam ostatnie kilometry do miejsca, gdzie chcemy szukać noclegu.

Niczym strudzeni pielgrzymi wjeżdżamy na plac kościelny w miejscowości Zams. Okazuje się, że tutejszy proboszcz jest Polakiem. Z ogromną nadzieją pytamy o możliwość spędzenia tutaj najbliższych dwóch nocy.

Udało się! Mamy nocleg! I to jaki – ogromny pokój, który będzie naszą ekskluzywną sypialnią, prysznic z ciepłą wodą i kuchnię z lodówką. Lepiej być nie mogło.

Najwięcej czasu spędzamy w kolejce do prysznica. Trzeba zmyć trudy z całego tygodnia. Umyci i najedzeni wychodzimy na miasto. Pora na świętowanie i integrację, nutka rywalizacji również się pojawia.

Oficjalnie kończymy pierwszy tydzień pedałowania z wynikiem 972 km. Mamy co świętować.

Zosia Iwan


Bilans dnia:

  • dystans: 186 km
  • czas jazdy: 9 h 35 m
  • średnia prędkość: 19,4 km/h
  • suma wzniesień: 1109 m

Dystans całkowity: 972 km

Nocleg: Zams, Austria

niniwa.pl

Redakcja portalu niniwa.pl

WYDARZENIA Czytaj więcej
NAJNOWSZE WPISY: