Eurotrip, dzień 11. Byle do morza
Dzień zaczyna się dla nas tuż po północy, kiedy na swoje karimaty wracają ostatni zwiedzacze miasta. Budzimy się o 4:00 nad ranem, kiedy to budzikowy Maciek P. raczy nas kolejną nietuzinkową piosenką. W dobrym nastroju ruszamy na czekający nas pierwszy i ostatni podjazd tego dnia.
Po dwukilometrowym podjeździe, czeka nas zjazd nie byle jaki. Długi na 16 km. Poranna temperatura ochładza nasze myśli i rozpala w nas marzenia o ciepłej wodzie basenu Morza Śródziemnego.
Chwilę przed końcem dystansu Szymonowi blokuje się łańcuch i przerzutka. Krystian sprawnie opanowuje awarię i wspólnie wracają do grupy, która czas oczekiwania wykorzystała na poranną toaletę i szybkie śniadanie.
Na przerwę zatrzymujemy się w Lidlu. Kto chce, robi zakupy, a kto nie, wybiera szybszą opcję i odwiedza restaurację McDonald’s.
Krótko na początku drugiego dystansu i Szymon łapie dętkę. Potężny gwóźdź przebija mu oponę i dziurawi nawet obręcz. Razem z Olkiem wybierają się do serwisu rowerowego, w którym kupują nowe koło.
Drugi dystans dłuży się z powodu dających się już we znaki upałów, a kolejną przerwę zapowiada cytat o. Patryka, że „zmiana decyzji świadczy o ciągłości dowodzenia”, co znaczy, że z powodów ekonomicznych nie będziemy jednak kąpać się w morzu. Zamiast tego wybieramy park, w którym odprawiamy Mszę Świętą i odpoczywamy w cieniu pod rozłożystymi koronami drzew.
Dziś przypada święto Przemienienia Pańskiego. Kaznodzieja przypomina nam, że warto wybierać dobro, odrzucać zło i zmagać się z własnymi słabościami. Pan Bóg zaprasza nas do czegoś, co wymaga od nas wysiłku. Dopiero kiedy włożymy w daną sprawę ten wysiłek, dostrzegamy efekty naszej pracy.
Przerwa niespodziewanie się przedłuża. Awarie zaczynają sypać się jedna po drugiej. Tomek W. zauważa, że jego koło zubożało o jedną szprychę, więc czym prędzej razem z Krystianem zabierają się do roboty i naprawiają awarię.
Tutaj historia mogłaby się zakończyć, ale okolica naszej przerwy obfituje w tzw. kłujoki, czyli kolce, które wbijają się w nasze opony. Staczamy z nimi nierówną bitwę, ale niestety dętki Oli i Maćka poniosły w niej klęskę.
W czasie prac remontowych naszych rowerów występują powikłania, które skutkują opóźnieniem wyjazdu z postoju aż o całą godzinę. Nie przejmujemy się tym, no bo przynajmniej jest chociaż trochę mniej gorąco.
Ruszamy i po kilku kilometrach dętkę łapie Olek. Szybka wymiana i jedziemy dalej. Następny jest Maciek S. Jego już trzecia dętka nie wytrzymuje presji związanej z perspektywą dalszej jazdy w upałach i pęka po raz kolejny.
Wydawało by się, że to już koniec awarii na dzień dzisiejszy, ale przy chwili nieuwagi i zmęczeniu materiału w ekipie zaliczamy kraksę. Na szczęście nic poważnego się nie dzieje, opatrujemy rany i zmierzamy do Pizy, gdzie robimy zdjęcie pod krzywą wieżą.
Ostatnie zakupy robimy w sklepie w nadmorskiej miejscowości. Szybko uwijamy się z zakupami i dzielimy się na ekipy szukające noclegu. Znajduje go zespół złożony z Manueli, Jagody i dwóch Tomków. Śpimy na trawie u franciszkanów.
Wieczór spędzamy na kąpieli w morzu i celebrowaniu naszego czasu razem. Idziemy ma miasto, gramy w gry zespołowe i zajadamy się lodami.
11,5 godziny snu u niektórych wyprawowiczów rozłożone na 3 dni. Brzmi mało, nieprawdaż? Nie przejmujemy się tym. Wykorzystujemy czas na maksa? Wyśpimy się przecież ma promie, za którego już jutro niczym korsarze podbijemy Korsykę!
Tomasz Walke
Bilans dnia:
- dystans: 145 km
- czas jazdy: 7 h 18 m
- średnia prędkość: 19,9 km/h
- suma wzniesień: 599 m
Dystans całkowity: 1550 km
Nocleg: Tirrenia, Włochy








