West Coast Ireland, dzień 10. Żyć szybko, umierać młodo, nie stracić drona
Po nocy spędzonej na sali sportowej w szkole podstawowej wstaje się dość lekko, bo wczoraj wieczorem część wypoczynkowiczów przespała się jeszcze przed Mszą i potem odsypiała całą noc. Od rana humory dopisują. Dwie osoby zdecydowały jednak, że nie mają siły iść i muszą odpocząć, więc pojadą stopem lub busem do kolejnej miejscowości.
Szybka zbiórka i ruszamy na przystanek. Podczas czekania otwiera się sklep Spar z polską obsługą, więc lecimy na szybką kawkę i dalej w drogę. A co?! Jak jest cywilizacja, to trzeba skorzystać, bo kto wie, w jakim alternatywnym wymiarze wylądujemy dziś wieczorem.
Cel: Klify Moheru. Dojeżdżamy autobusem, w którym śmiechom nie było końca – momentami ludzie mieli problem z łapaniem oddechu.
Wysiadamy, idziemy i niespodzianka: zakaz wejścia! Chwila konsternacji, ale o. Dominik dzwoni na informację i okazuje się, że jednak można iść. W międzyczasie czytamy ostrzeżenia o niebezpieczeństwach i możliwości zawalenia się klifów, po których prowadzi ścieżka. Cóż, żyć szybko, umierać młodo, ale prowadzi nas Damian, który ma dobrą żonę i zależy mu, żeby jeszcze pożyć, więc prowadzi bezpiecznie.
Pierwsza przerwa: piękny widok na wybrzeże i rozbijające się o wyspę fale. Wyciągamy drona, żeby nagrywać, więc czas sprawdzić, jak radzi sobie na wietrze. Gdy tylko startuje, ludzie wieszczą katastrofy. Zupełnie nie wiem, o co im chodzi – przecież dopiero dwa razy ściągaliśmy tego drona z drzewa, a na klifach nic nie rośnie. Wiatr sprawdza jego sprawność i siłę. Ostatecznie udaje się zrobić parę ujęć i go nie stracić w tej atlantyckiej wichurze.
Docieramy do głównego punktu turystycznego klifów i dzielimy się na dwie grupki: część zostaje jeść lub odpocząć, a część idzie na „płatne zwiedzanie widoków”, które – jak się później okazało – było całkowicie darmowe.
W tym czasie dwójka kuracjuszy dociera do miasteczka i rozpoczyna heroiczne poszukiwania noclegu dla całej grupy.
Idziemy dalej, zajadając się dorodnymi jeżynami obficie rosnącymi przy lokalnych drogach, w przyjemnej, bezdeszczowej pogodzie. Robimy przerwę przy pięknej plaży z małą niespodzianką. Drut, który oddzielał parking od plaży, okazał się pod napięciem, czego – na szczęście lub nieszczęście – nie doświadczyli wszyscy, ale kogoś solidnie „popieściło”. Cóż, idealny wstęp do darmowej akupunktury.
Dalej, za mostem, kontynuujemy trasę po plaży przy mega mocnym wietrze z odrobiną deszczu. Jedni w butach, inni na boso – kto by się przejmował takimi detalami.
Docieramy na obiad, gdzie pojawiają się nowe możliwości: restauracje, puby, a nawet czterech śmiałków poszło kąpać się w lodowatym morzu. Wygląda na to, że nasza ekipa ma w genach geny morsów połączone z totalną brawurą. Ponoć tylko Polacy w czasie sztormów potrafią wypływać w morze na Bałtyku, to i tutaj szaleją.
W międzyczasie zaczyna porządnie padać. Po przerwie większość decyduje się na stopa. Ojciec wraz z małą garstką najwytrwalszych pokonuje dystans pieszo w wichurze i ulewie.
Nasi kuracjusze raportują brak noclegu i zapada decyzja, że trzeba „strzepać pył z ubrań” i ruszyć do kolejnego miasta. Tak robimy i chwila moment jesteśmy w małym miasteczku Corofin. Dowiadujemy się też, że cztery anonimowe dziewczyny zamówiły Mszę zbiorową na Jasnej Górze w intencji: „Ratunku”. W odpowiedzi powstała natychmiast kontrintencja: „Cała naprzód, Panie, miej nas w opiece”.
Pani w autobusie, która ewidentnie przerażona spojrzała na hordę niniwitów o dość specyficznym, poobozowym zapachu, rzuciła tylko:
– Ale tam nic nie ma. Jedźcie gdzieś dalej.
Oczywiście na miejscu okazuje się zupełnie inaczej: są superludzie, miłe panie w sklepie i fryzjerka, która uśmiecha się na nasz widok, gdy wysiadamy z autokaru. To właśnie do niej podbija Rysiu z ekipą i załatwia nocleg w sali sportowej. Fryzjerki w takich miasteczkach znają absolutnie wszystkich – jeden telefon i załatwione.
Zostaliśmy przedstawieni jako grupa pielgrzymów z Francji, która przyjeżdża tam regularnie. Z grzeczności nie zaprzeczamy i sprawdzamy, na ile potrafimy udawać Francuzów (Bonjour, baguette, croissant, oui oui!).
W sklepie spotykamy Leonarda, który objeżdża Irlandię rowerem z sakwami – częstuje nas żelkami, a my od razu zabieramy go z nami na nocleg, gdzie bierze udział w polskiej Mszy. Próbujemy go namówić, żeby szedł dalej z nami w kolejnych dniach. Kto wie, może po tygodniu z nami zacząłby mówić po polsku z akcentem góralskim.
Kończąc ten intensywny, wietrzny dzień modlitwą uwielbienia, po kolacji i cieplutkim prysznicu lecimy spać, aby mieć siłę na kolejny dzień szalonej przygody Eurotrip.
Adam Ludwisiak
Bilans dnia:
- dystans: 25 km
- 640 m w górę
- 640 m w dół
Partnerzy wyprawy:










