6 września| NINIWA Team

West Coast Ireland, dzień 12. 210 stopem

Dzisiaj planujemy autostopować, a więc aby nie przestraszyć kierowców zbyt szaloną godziną, uskuteczniamy wyczekiwany program „Śpioch+”. Pobudka o 7:00, powolne szykowanie… Mamy czas, mamy czas, czas nas nie goni, a samochody przecież poczekają, prawda?

Dlatego też nie zatrważa nas fakt, że wszyscy zdążyli już opuścić miejsce snu, a my powolnie zaparzamy jeszcze budżetową kawę. Wiemy już, że przy stopie trzeba dbać o małe wygody, dlatego ze spokojem kończymy śniadanie, odwiedzamy jeszcze sklep, racząc się ciepłymi bułeczkami, przybijamy piątki z paroma mijanymi grupkami i wybieramy nasze miejsce na postój.

Cóż, nie do końca nasze, bo na to miejsce dotarły już wcześniej dwie inne pary. Dziś jednak, w dobrych nastrojach, odrzucając ducha rywalizacji, dbamy jedni o drugich. Tańczymy, śpiewamy, cieszymy się życiem, bo cóż nam pozostało? Zatrzymanie samochodu nam nie grozi, więc postanawiamy na zapas się cieszyć, a nie martwić.

Wyciągamy też działa ostateczne – decydujemy się schować chłopaków w krzakach i rozpuścić warkocze. Ten jakże skuteczny patent zostanie z nami na dłużej.

Krocząc dumnie po przejechanym fragmencie trasy, napotykamy machającą niewiastę. O, spotykamy Marysię z Adamem! Właśnie w tamtym momencie następuje między nami pewna cicha umowa, aby przemierzać świat w czwórkę. El cuatro podbija Irlandię!

Odrzucając poranne zmartwienia, komu tym razem przyjdzie jechać w trzyosobowej ekipie, bo przecież trudniej i dłużej, decydujemy się łapać razem.

Ku naszemu zaskoczeniu nie jest to takie trudne!!! Udaje nam się przejechać razem trzy odcinki. Cappuccino wypite, a teraz chcemy jechać do Tra… Tre… Trala… Tralalala? Nikt z nas nie wie, jak to się nazywa, ale tam właśnie chcemy się znaleźć.

A więc tralalamy sobie tak, popijając capuczinę balerinę, myśląc o dingle dingle dingle bells… Ach, jak nam wesoło!

Jednak nadchodzi koniec naszej wspólnej podróży – zatrzymuje się samochód z dwoma miejscami, z przyzwoitości należałoby skorzystać. Jedna para więc wsiada, a my zostajemy.

Nie na długo, na szczęście. Zatrzymują się po nas dwaj młodzi chłopcy. Jeden z nich, jak się później okazuje, jest Polakiem. Ba, nawet Ślązakiem! Już wiemy, że mamy wspólny język.

Dowiadujemy się o realiach Irlandii z punktu widzenia młodego pokolenia. Podróże mają to do siebie, że im więcej świata i ludzkiej biedy się widzi, tym łatwiej docenić to, co się ma… Mówi też, że bardzo tęskni za Polską.

Po owocnej rozmowie zatrzymujemy się przy sklepie.

A tam kolejne ładowanie baterii. Kończymy drugi tydzień, a męczy nas nieustanny głód piechura. Ruszamy dalej.

Docieramy do następnego postoju, gdzie czekają na nas już dwie inne pary. O, przychodzi i czwarta! W takiej ekipie nie można się nudzić. Część chowamy po krzakach, znowu, a część ustawia się do zdjęcia.

Niedoczekanie! Zanim ono powstaje, zatrzymuje się samochód z czterema miejscami. Całe szczęście, że pojechali, bo pozostała czwórka utknęła tu na długo…

Dalej już tylko gorzej. Stop do połowy drogi, wychodzimy i wieje straszliwie. Tak bardzo, że odbieramy to jako zamach na nasze życie. Ruchu na drodze brak, a i nam umysłów odjęło.

Dlatego znowu łapiemy we dwie, a chłopacy pilnują plecaków.

Kiedy zatrzymują się dwie siostry, przychodzi czas rozstania. Aby zadecydować, kto jedzie dalej, a kto umiera, gramy w papier, kamień, nożyce. Okazuje się jednak, że wygrana nie jest argumentem decydującym, a jest nim pełna gotowość drużyny do ataku.

Zbieramy się więc z Joachimem i biegniemy, zanim kierowca się rozmyśli.

Docieramy na szczęście wszyscy prosto na Mszę Świętą. Nie pytajcie mnie, jak to zrobili inni – nie mam pojęcia. Wiem tylko, że wszyscy cali i zdrowi spotkali się w kościele. Niektórzy głodni, inni szczęśliwi, jeszcze inni sfrustrowani. Ważne, że znowu razem.

West Coast Ireland, dzień 12 [ZDJĘCIA]

Znając już tutejsze zwyczaje, pojawiamy się na Mszy z nadzieją na ocieplenie naszego wizerunku i pozytywnego odbioru prośby o skombinowanie noclegu. Tak na dziś, na dwie noce, pod dachem, dla 24 osób.

Mamy wiarę!

Kiedy sprawy się toczą, postanawiamy śpiewać. „Pan jest pasterzem moim, niczego mi nie braknie…”. Śpiewamy z mocą, bo tego właśnie doświadczamy. Noclegu pod dachem na salce parafialnej.

Potem czas wolny, zakupy, wizja jutrzejszego odpoczynku. O 21:00 spotykamy się, aby poopowiadać o doświadczeniach dzisiejszego dnia. Dołącza do nas Maciek, który dopiero co przyleciał do Irlandii i od dzisiaj idzie z nami.

Wszyscy próbują się na spotkanie obudzić, ale niestety na tym etapie wyprawy nie jest to łatwe. Skumulowane zmęczenie potrafi odciąć piechurowi świadomość w najmniej oczekiwanych momentach. Szczególnie w tych spokojnych chwilach, jak kółeczko dzielenia…

„Ja nie planowałam spać do rana w brudzie. Tylko trochę pospać chciałam” – słyszymy po przebudzeniu się jednego ze śpioszków.

Dalej plany najróżniejsze – puby, spa, medytacje, herbatki czy łudzenie się, że do grupy miastowej uda się jeszcze dziś dołączyć. Ojciec Dominik wybiera właśnie tę opcję, podobno jest bardzo angażująca.

Dalej już tylko oddać się w objęcia snu…

Kornelia Rzepczyk

Bilans dnia:

  • dystans: 210 km

Partnerzy wyprawy:

niniwa.pl

Redakcja portalu niniwa.pl

WYDARZENIA Czytaj więcej
NAJNOWSZE WPISY: