„Nie chcę robić w życiu tylko miłych i łatwych rzeczy”. Wolontariat misyjny w Ostrawie, czyli blisko, a jednak daleko
Tydzień wolontariatu w Ostrawie u Sióstr Misjonarek Miłości nie brzmi może imponująco, ale tydzień pracy na półkoloniach w dzielnicy, do której nie dojeżdżają taksówki, pośród bandy dzieci z romskich rodzin domagających się śpiewania z pokazywaniem – już tak.
Decyzja o wyjeździe podjęła się sama. Po wysłuchaniu opowieści zeszłorocznych wolontariuszy, które były po równo zachwycające i przerażające, dotarło do mnie, że wcale nie chcę robić w życiu tylko miłych i łatwych rzeczy.
Czy się nadaję? Nie wiem. Co może pójść nie tak? Wszystko. Cóż, najwyżej się przeprosi.
W połowie lipca ruszyłyśmy do Ostrawy w nieco mniejszym, niż planowałyśmy, składzie – we dwie, ja i Milena, niczym Sam i Frodo, Asterix i Obelix albo Mando i Grogu. Na honorową wzmiankę zasługują tu moi rodzice, którzy zgodzili się nas podrzucić.
Na ulicy, przy której mieszkały siostry, przywitały nas prowadzące gwałtowną ekspansję terytorialną zawartość śmietników i łypiący na nas lokalsi. Trochę przerażone, dzwoniłyśmy na telefon i do drzwi, pukałyśmy… i nic. To na pewno tu, na pewno jest lipiec, na pewno nazywamy się tak jak w dokumentach. Za drugim razem w słuchawce odezwał się polski głos.
Siostry jak rasowe polskie babcie zaprosiły nas wszystkich do domu, zaproponowały kawę i pochwaliły się każdym kątem. Odetchnęłyśmy z ogromną ulgą.
Jadąc do Ostrawy, wiedziałam, że muszę przygotować cztery gry do czterech dni tematycznych – nie za trudne, bo przyjdą dzieci w każdym wieku, i nie za długie, bo będzie ich dużo (dobiliśmy chyba do osiemdziesięciu…). Każdy z wolontariuszy obsługiwał jedno zaplanowane wcześniej stanowisko.
Zaczynaliśmy od zwoływania ekipy za pomocą wszelkich dostępnych środków – głównie entuzjazmu siostry Marysi. Pierwszego dnia zabrała mnie do najgorszego z baraków (kamienic), ostrzegając, że mam jej powiedzieć, jeśli będę się bała.
Trudno pisać o tym tak, żeby nie brzmiało jak wrażenia ze zwiedzania, ale warto wspomnieć, bo to miejsce, w którym nie bywa się codziennie.
Widoczność w korytarzu sięgała kilku metrów, na środku przejścia błyszczały kałuże. Dzieciaki, często w piżamach i za dużych o kilkanaście rozmiarów klapkach, wybiegały z mieszkań i całą chmarą dołączały do siostry Marysi, pytając jedne przez drugie, co będziemy dzisiaj robić. Spod suszącego się prania głośnym echem niosło się szczekanie psa.
Gdyby szoków było mało, gdy wyszliśmy na powietrze, dziesięcioletni chłopiec wbiegł na zwój drucianej siatki, odbił się od niego jak od trampoliny i zrobił salto. Myślałabym, że mi się przywidziało, gdyby potem jego koledzy nie powtarzali tej zabawy.
W czasie przygotowań siostry powiedziały nam wprost, że mamy uważać, bo dzieciaki będą próbowały kraść. Mimo to z moich stanowisk zapodziały się zaledwie dwa pisaki i kawałek kredy – równie dobrze mogły się zgubić w trawie. Nieraz widziałam kątem oka, jak dzieci zabierają kredę, rysują, a potem odkładają ją na miejsce i zamykają pudełko.
Do zadań artystycznych dzieciaki podchodziły bez wprawy i przekonania – zamiast rysować, zamazywały papier jednym kolorem. Ale świetnie wychodziły gry okołosportowe, na przykład strzelanie kapslem. Główny rekwizyt szybko się zgubił, ale nawet się nie zorientowałam kiedy, bo od razu został zastąpiony nakrętką. Podwórko było bogate w tego typu zasoby.
Z podopiecznymi dogadywałam się remiksem polskiego z zapamiętanymi z Duolingo czeskimi słówkami i dużą ilością wyrazów dźwiękonaśladowczych. Na ogół bariery językowe nie istnieją, gdy się mówi z przekonaniem i dużo potakuje, ale chłopcy trochę się ze mnie śmiali, gdy musieli na przykładach tłumaczyć mi, czym jest „čislo”.
Chodziło im o numer stanowiska. Pytałam trzy razy, czy mogą powtórzyć. Za pierwszym razem z myślą, że mnie oświeci. Za drugim – w ramach gry na zwłokę. A za trzecim – w nadziei na cud. Zdrowa dawka kompromitacji naprawdę dobrze robi. Na szczęście siostry i część wolontariuszy mówili po polsku i po angielsku.
Czas wolny poświęcałyśmy na plotki w trzech językach jednocześnie, rysowanie owieczek na skalę masową i spacery. Dzięki uprzejmości i ogromnej wiedzy pozostałych wolontariuszy zwiedziłyśmy całe centrum miasta. Postawili nam nawet lody, argumentując, że „jesteście biedne studentki!”.
W poczet największych wyzwań można zaliczyć przezwyciężanie dojmującej potrzeby wzięcia prysznica zaraz po powrocie z półkolonii, rozpoznawanie, kiedy dzieciaki przychodzą z prawdziwym problemem, a kiedy robią mnie w konia (do tej pory nie wiem), i transport kwiatów doniczkowych pociągiem z Ostrawy do sióstr w Katowicach.
Gdyby ktoś zapytał, jak to jest jechać na wolontariat do Ostrawy – dobrze albo niedobrze – odpowiedziałabym:
„Nie ma tak, że dobrze albo niedobrze. Gdybym miała powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej, powiedziałabym, że ludzi”.
Czekam na więcej.
Marta Błaszczykowska
Czujesz chęć działania i chcesz dać coś od siebie? Przekuć swoje talenty w realną pomoc, a przy okazji przeżyć niezwykłą przygodę? Sprawdź – to może być doświadczenie, które zmieni na lepsze życie innych ludzi i… Twoje!
Sprawdź szczegóły w linku poniżej i dołącz do Wolontariatu Misyjnego NINIWY:









