Jak przejść Dolomity tanio i boleśnie? Historia pewnej wyprawy Together
Jeszcze przed startem wyprawy na Korsykę przez Alpy, grupa obecnych i byłych rowerzystów NINIWA Team wybrała się w ramach akcji Together we włoskie Dolomity. Oto relacja i duża porcja zdjęć z ich wędrówki.
Łąki, trawiaste zbocza, błotko, wodospady, strumienie, jeziorka, kwiatki, skały, a przede wszystkim kamienie. Kamienie pod stopami, w zasięgu wzroku, w butach i na plecach.
Oto historia grupy wariatów, którzy postanowili nieco nielegalnymi zagraniami, ze zmaksymalizowanym cierpieniem fizycznym i – jak na Polaka przystało – z najniższym możliwym kosztorysem przejść w 9 dni jeden z najtrudniejszych długodystansowych szlaków wysokogórskich w Europie – Alta Via 2.
Czyli właściwie wszystko w duchu wypraw rowerowych NINIWA Team, z wyjątkiem braku rowerów i gwizdka. Tak się składa, że większość ekipy to absolwenci ostatnich kilku lat wypraw rowerowych, zatem wiadomo było, jakie morale należy przyjąć: zaufać Panu i podjąć próbę wytrwania w trudach, a przy okazji budować honor polskiej młodzieży na włoskich ziemiach.
Dolomity okazały się Koloseum, w którym my byliśmy gladiatorami. Pot wydzielany pieczołowicie przez każdy centymetr kwadratowy skóry, brud, który zasychał na dobry tydzień, zanim musnęła go woda prysznicowa, odciski pod przemokniętymi skarpetkami, których Sudocrem ujarzmić nie mógł, suchość w ustach, którą tylko na chwilę zaspokajała woda z camelbaków.
Głównymi oprawcami były jednak plecaki, które swoim ciężarem przygniatały wędrowców, zawierając przenośny dach nad głową w postaci namiotu, okrycie, jedzenie liofilizowane, puchowe posłanie i kilka innych gratów.
Garść faktów: istnieje 6 szlaków Alta Via w Dolomitach (w wolnym tłumaczeniu: wysoka droga), z których numer 2 uznawany jest za najtrudniejszy.
Poza dużymi przewyższeniami, trawersowaniem po wąskich półkach skalnych, elementami wspinaczkowymi i dużą ekspozycją, dodatkowych emocji dostarczają także via ferraty (w tłumaczeniu na polski: żelazne drogi, czyli w skrócie stalowe liny pomagające pokonać trudne odcinki szlaku), co nam poza adrenaliną dodawało około półtorej kilograma dodatkowego sprzętu na plecach.
Równie zszokowane jak mięśnie były nasze umysły – zmiennością krajobrazu Dolomitów: od zielonych wzgórz na miarę Shire, poprzez imitację tatrzańskich widoków, aż po płaskowyże przywodzące na myśl obcą planetę lub co najmniej Księżyc.
Pogoda nie była gorsza od różnorodności terenu i również zaskakiwała swoimi obliczami, wykorzystując niemal cały arsenał swych możliwości: od skwaru, poprzez lodowate podmuchy wiatru, gęstą mgłę, deszcz, ulewę, na burzy skończywszy.
W tym nieładzie można było odnaleźć pewną regułę i co najmniej raz na dobę można było spodziewać się deszczu.
W tym wszystkim dobrze odnajdywali się lokalni przedstawiciele fauny, takie jak kozice i świstaki (których odgłosy swoją drogą niektórzy uczestnicy mylili ze śpiewem ptaków, chociaż prawdę mówiąc, był to raczej jeden uczestnik).
Dźwięk krowich dzwonów na zielonych zboczach urozmaicał bodźce docierające do uszu, ale także stymulował żołądek do wzmożonej produkcji kwasów na myśl o czekoladzie Milka.
Wśród flory największy zachwyt wzbudził wśród tułaczy widok szarotek alpejskich (polecamy ich nie zrywać w przypływie emocji, bo są pod ścisłą ochroną).
Oferta gastronomiczna pozostająca do dyspozycji członków ekipy, poza przygotowanymi uprzednio w warunkach domowych owsiankami oraz kilogramami orzechów i suszonych owoców, zawierała pokaźną ilość żywności liofilizowanej (całkiem zjadliwa opcja, nawet bigos okazał się smakowo przypominać ten od babci).
Owo monotonne menu sukcesywnie przerywały cappuccino w schroniskach (rifugio), a także tiramisu, lody, apfelstrudel, gorąca czekolada i przede wszystkim pizza.
Ach, pizza! Aż dwukrotnie napakowaliśmy sobie nią brzuchy po sam korek.
Co ze snem? A spało się, gdzie popadło, głównie jednak w namiotach (z reguły nielegalny element tej wyprawy), ale zdarzyło się też w stodole czy kurniku.
Raz nasza grupa uległa pokusie uczciwego, a zarazem kosztownego przespania nocy w schronisku. Niestety rozczarowaniu nie było końca, bo mimo skurczenia się budżetu nie zmniejszył się poziom smrodu naszych ciał, ponieważ… nie było wody, by móc skorzystać z prysznica.
Przy okazji warto nadmienić, że wątek nieprzyjemnych zapachów niestety nieodłącznie towarzyszył naszym bohaterom, gdyż okazuje się, że organizm produkuje dużo potu przy dużej aktywności fizycznej, a mokre chusteczki, mimo że używane codziennie, nie zabijają tego zapachu.
Cennym i rzadkim towarem były świeże i suche ubrania, dlatego całokształt naszej ekipy sumował się na obraz nieco śmierdzących piechurów, rozstawiających swoje cygańskie kramiki w losowych miejscach Dolomitów.
To jednak nie pozbawiło nas radości z owej ambitnej ekspedycji, a być może nawet przyciągnęło w większej ilości niektóre insekty i pomnożyło poziom ich szczęścia.
Bilans wyprawy:
- miliony przepięknych widoków
- 11 tys. metrów przewyższeń w górę
- 150 km marszu
- 2 autostopy z przełęczy
- 2 ulewy w trakcie marszu
- 2 noclegi w stodołach
- 1 prysznic
- 1 szlauch
- 1 nocleg w schronisku
- najbliższa burza: 1 km od nas (Bóg się troszczy)
- 0 urazów








