Kungsleden – 500 km szwedzkiej samotności
Relacja Kamila z jego wyprawy w ramach akcji Together – w jedności z NINIWA Team. Samotna 500-kilometrowa wędrówka po szwedzkich pustkowiach.
Przygotowując się na ten szlak nie spodziewałem się, że będzie on dla mnie tak ciężki. Jeszcze żadne inne przejście tak mnie nie przeorało fizycznie i psychicznie. Ale zacznijmy od początku.
Na szlak dostałem się najpierw samolotem, lecąc z Krakowa do Sztokholmu, a następnie pojechałem nocnym pociągiem z Sztokholmu do Abisko (z 2 przesiadkami). Cała podróż zajęła ok 20 godzin. Start w Abisko, pogoda dobra i zaczynamy zabawę.
Bagaż na start ok. 20 kg – dużo, ale to też sprawka jedzenia, jakie wziąłem na 5 pierwszych dni, których dystanse to od 30 do 45 km. Już to – w połączeniu z plecakiem – dało mi o sobie znać. Dodatkowo otaczająca aura wielkiego pustkowia i wielkich, ciężkich, kłębiących się chmur wraz z przenikliwym, zimnym wiatrem budziły u mnie bezustanny niepokój.
Szło się nad wyraz ciężko. Teren bardzo skalisty – zdecydowanie bardziej niż to sobie wyobrażałem, pozostałości śniegu… I ciągła samotność … to też wpływało na samopoczucie. Niemniej udawało mi się utrzymywać założony plan, wprawdzie z drobnymi zmianami, ale dawało radę.
Pierwsze poważniejsze wyzwanie … Kebnekaise, najwyższy szczyt Szwecji. Niestety, wejście nieudane ze względu na warunki atmosferyczne. Musiałem zawrócić, być może jeszcze kiedyś tam wrócę.
Kolejne dni to walka z osłabieniem, deficytem kalorycznym oraz samotnością. Na szczęście wynagradzał mi to brak deszczu i niesamowite krajobrazy. Po drodze musiałem pokonać kilka przepraw wodnych – szlak można zrobić tylko latem, kiedy jest zagwarantowany transport wodny, oraz zimą, kiedy jeziora są zamarznięte. Ja w większości przepraw korzystałem z zorganizowanego transportu wodnego, który swoją drogą jest bardzo drogi – na sam ten transport wydałem równowartość lotu z Polski do Szwecji w obie strony z bagażem rejestrowanym.
Kolejna część szlaku to bagna, miliony komarów, litry muggi oraz tysiące pogryzień, w sumie nigdy czegoś takiego jeszcze nie doświadczyłem i mam nadzieję, że prędko się to nie powtórzy. Trzecia i ostatnia część to tzw. część południowa – zdecydowanie bardziej lesiście, więcej infrastruktury oraz trochę więcej ludzi. Tu szło mi się najprzyjemniej.
Po 14 dniach, mycia się w strumykach oraz bez mała 500 km docieram do celu podróży – Hemavan. W końcu biorę normalny prysznic – i to jeszcze ciepły! Doprawdy mistyczne doświadczenie.
Podsumowując – szlak być może nie wydaję się wymagający, ale są spore braki w infrastrukturze w pewnych miejscach (brak możliwości uzupełnienia jedzenia), cenowo jest bardzo drogi, a na dodatek pogoda zmienia się co chwilę, zwłaszcza na północy. Mimo to, polecam ze względu na międzynarodowość tego szlaku, piękne widoki oraz wyzwanie samo w sobie.
Kamil Nocoń








