16 września| NINIWA Team

West Coast Ireland, dzień ostatni. Powroty

Czy „stare dobre czasy”, które przyjdzie nam kiedyś wspominać, dzieją się właśnie teraz?

W „Zapiskach dla zabicia czasu” Yoshida Kenkō przywołuje postać mnicha, który w trakcie rozmowy postanowił wyjść, by natychmiast rozwikłać pewną zagwozdkę. Obserwujący to mężczyzna rzekł:

„Po co ten pośpiech? Zaczekaj, aż przestanie padać”.

Mnich na to:

„Głupstwa opowiadasz! Czy wyobrażasz sobie, że życie ludzkie zaczeka, aż deszcz ustanie i się rozpogodzi?”.

Spoglądam z ukosa na słońce, które świeci już trzeci dzień z rzędu – teraz, kiedy nie wędrujemy i mamy się jak u Pana Boga za piecem. Co za poczucie humoru.

Jest ostatni dzień wyprawy, udajemy się na różne lotniska, każdy wstaje o innej porze i dlatego dziś nie wyśpi się nikt. Od rana jemy wspólne śniadanie, a z resztek powstają najdziwniejsze dania. Parę osób opuszcza nas, zanim jeszcze zdążyliśmy wygrzebać się spod kołdry (ci mniej uprzywilejowani – śpiwora). Ola i Gosia mają lot z przesiadką w Londynie (o takim mieście pierwsze słyszę), więc żegnają się, kiedy jeszcze sprzątamy.

Nasze kłębowisko przetacza się przez domek, wszystkie sprzęty idą w ruch, staramy się, staramy, wiemy już, że cudów nie będzie, ale robimy wszystko, co potrafimy, żeby w Irlandii nas jeszcze lubili i żeby było czysto, godnie i po Bożemu. Po wspólnej akcji zorganizowana zostaje duża grupa lecąca wieczorem do Krakowa (choć wyprawę zdominował Śląsk!) z oddalonego o 140 km Shannon. W tej sytuacji część z nas decyduje się na autostop (mimo że, jak się okazuje, po niejedną modlitwę należy wówczas sięgnąć), inni wybierają autobus i spokojną głowę.

Ci, którym po drodze udaje się spotkać w Limerick, po raz ostatni, z łezką w oku, idą do pubu na ostatniego, mrocznego od nostalgii i melancholii, kremowego Guinnessa. Niektórzy autostopowicze muszą z pokorą zmienić styl podróży, a ci, których modlitwy zostały wysłuchane ponad spodziewaną miarę, spędzają pełen atrakcji dzień na lotnisku. Ostatecznie wszyscy bezpiecznie docieramy na miejsce, przepakowujemy plecaki, kupujemy pamiątki. Teraz mogę wyznać, że w trakcie wyprawy nie wróciłam wyśnionym Ryanairem za 35 €, tylko dlatego, że ojciec obiecał mi powiększony McZestaw z Drwalem.

Jerzy Kukuczka twierdził, że „w ciągu miesiąca intensywnego życia w górach przeżywa się tyle, co zwyczajnie w czasie kilku lat; to jest zajęcie dla ludzi zachłannych na życie – życia człowiekowi jest za mało”. Podobnie i my, w poszukiwaniu ukrytego w górskiej skale źródła życia, udaliśmy się do Irlandii. I choć wiały wiatry i siekły nas deszcze, a łzy śmiechu mieszały się z łzami rozpaczy, życia mieliśmy pod dostatkiem, nawet jeśli nieraz, gdy przyszło budzić się w mokrym namiocie czy rezygnować z przerwy z powodu ulewy, na usta nie cisnęły się słowa radości, a raczej nieco zaprawiony goryczą tekst Wojciecha Młynarskiego: „Uparcie i skrycie, och życie, kocham cię nad życie, choć barwy ściemniasz, choć tej wędrówki mi nie uprzyjemniasz, choć się marnie odwzajemniasz!”.

West Coast Ireland, dzień 22 [ZDJĘCIA]

Jesteśmy wdzięczni za Irlandczyków, ich otwarte serca, uprzejmość, hojność i dobroć, którymi są onieśmieleni i sami wydają się w nie czasem nie wierzyć. Za Garreta, Petera, Davida, jego rodzinę i przyjaciół, Polonię w Irlandii, parę, która wysuszyła nam ubrania, księdza, który pojawił się znikąd i okazał naszym Aniołem Stróżem, każdego, kto przyjął nas pod dach, pod strzechę, na swoje pole, kto udostępnił prysznic, podwiózł samochodem, udzielił rady, poszedł na rękę, uśmiechnął się czy okazał troskę.

Niektórym z nas udało się w czasie irlandzkiej wyprawy spełnić marzenie, innym zbliżyć do Boga, nawiązać nowe relacje i, robiąc wiele po raz pierwszy, odważnie działać i ryzykować mimo lęku – rzucić się na głęboką wodę (niektórzy nawet na desce!), zaufać, poznać, że co dobre i co złe, jednako mija (nie popieram), i że przekracza nas mniej, niż myśleliśmy.

W rezultacie, po Irlandii zwłaszcza, „jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy”.

Wracamy zmęczeni, ale z napełniającą nadzieją i dumą świadomością, że się nie poddaliśmy. Ze śmierdzącymi ubraniami, ale bardziej otwarci niż przedtem, z głową pełną nieznanych dotąd krajobrazów i zwyczajów, nagórzeni i naowczeni do syta. Wdzięczni też za siebie nawzajem, bo wiele razem przecierpieliśmy bied, ale i niejedno razem prześpiewaliśmy w pubach.

Kwaśne żelki, błoto, śmiech, deszcz, skrzypce, noclegi i prysznice na wagę złota, skaliste szczyty, zielone pola. Nie, życie ludzkie nie czeka, aż deszcz ustanie i się rozpogodzi.

Pomyśleć, że tak dawno już Bóg stworzył świat i tyle epok pochłonęły historyczne zawieruchy naznaczone wielkimi osiągnięciami ludzkości – jak ogromnie długo trwa sam kenozoik! – a my mieliśmy szczęście urodzić się z niezwykłą dokładnością akurat w tej samej erze, w której o. Dominik Ochlak OMI zainicjował i poprowadził 9 wypraw pieszych z NINIWĄ Team.

I ojcu jesteśmy więc wdzięczni za to niepojęte przedsięwzięcie, które w niezliczonych ludziach pozostawiło trwały ślad, silniejszy nieraz, niż możemy odkryć. Za poczucie humoru, przenikliwość, każdą Mszę i kazanie, autostop, zmartwienia, przelany pot, odpowiedzialność, trudne decyzje i górskie podejścia, wspólną radość i wspólne niedole, za wszystko pomiędzy tym, co widać, a co jest najważniejsze i czego nie da się zawrzeć w żadnej relacji z żadnego dnia za pomocą żadnych słów świata.

Myślę, że „stare dobre czasy”, które przyjdzie nam kiedyś wspominać, dzieją się właśnie teraz.

Julia Kupiak


Partnerzy wyprawy:

niniwa.pl

Redakcja portalu niniwa.pl

WYDARZENIA Czytaj więcej
NAJNOWSZE WPISY: