13 października| Wiadomości

Churching wszedł na dobre. Dla proboszczów to sukces lub porażka

Jedni szukają lepszych kazań i piękniejszej liturgii, inni po prostu ciepłych ławek i wygodnej godziny Mszy. Badanie pokazuje, że co czwarta osoba uczęszczająca na niedzielną Mszę św. przynajmniej czasami wybiera kościół poza własną parafią. Czy to wierni stali się zbyt wybredni, czy proboszczowie zbyt przyzwyczaili się do tego, że parafianie i tak przyjdą?

18,2 proc. badanych szuka ciekawszych kazań, 15 proc. – piękniejszej liturgii, a 13,7 proc. nie chce marznąć w kościelnej ławce. Z badania Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego SAC przeprowadzonego w diecezji bydgoskiej wynika, że 23,3 proc. respondentów przynajmniej czasami wybiera kościół poza własną parafią. Churching przestaje być ciekawostką. Stawia za to niewygodne pytanie: czy to wierni stali się zbyt wybredni, czy niektórzy proboszczowie zbyt łatwo uznali, że parafianie i tak przyjdą?

Kazanie do wymiany, proboszcz do oceny

Churching to po prostu chodzenie do kościoła poza własną parafią. Powody? Czasem chodzi o wygodną godzinę Mszy, innym razem o możliwość wspólnej modlitwy z rodziną lub znajomymi. Badani zwracają jednak uwagę przede wszystkim na kazania i liturgię. Nie chcą tylko odsiedzieć niedzielnego obowiązku. Chcą zrozumieć, co mówi ksiądz, i uczestniczyć w liturgii, która nie sprawia wrażenia odprawianej na autopilocie.

Niektórzy wybierają dominikanów, jezuitów czy pallotynów, bo odpowiada im sposób głoszenia kazań albo charakter duszpasterstwa. Inni po prostu jadą tam, gdzie jest cieplej i łatwiej zaparkować. Trudno wrzucić te motywacje do jednego worka. Łączy je jednak coś istotnego: wierny coraz częściej sam decyduje, gdzie chce praktykować.

Dla proboszcza to niewygodna wiadomość. Przez lata można było zakładać, że ludzie z okolicy będą przychodzić do lokalnego kościoła, bo tak wygląda parafialna codzienność. Churching pokazuje, że przyzwyczajenie nie jest już gwarancją. Jeśli wierni wolą przejechać kilka kilometrów, żeby posłuchać innego kaznodziei, może warto zapytać, co ich do tego skłania.

Zaufanie do Kościoła w Polsce gwałtownie spada – najnowsze badanie

Pusta taca to nie jedyny problem

Odpływ wiernych oznacza również mniej pieniędzy na utrzymanie kościoła i remonty. Łatwo więc uznać churching za porażkę duszpasterską proboszcza. Tyle że taka ocena nie zawsze jest sprawiedliwa. Ludzie zmieniają świątynię także z powodów rodzinnych, logistycznych czy duchowych, a nie każdą decyzję da się sprowadzić do jakości pracy księdza.

Z drugiej strony trudno oczekiwać, że parafianie będą bez końca tolerować kazania, które niczego nie wyjaśniają, niedbałą liturgię czy duszpasterstwo pozbawione kontaktu z ludźmi. Sam fakt, że Msza jest ważna, nie oznacza przecież, że wszystko, co dzieje się wokół niej, jest równie dobre. Chrystus nie przestaje być obecny dlatego, że ksiądz słabo głosi kazanie. Ale nie jest to też powód, by udawać, że sposób głoszenia słowa Bożego nie ma znaczenia.

Kościół to nie restauracja. Ale…

Churching ma również swoją ciemniejszą stronę. Jeśli wierny wybiera wyłącznie to, co najbardziej mu odpowiada, może w końcu potraktować Mszę jak produkt: tu lepsza muzyka, tam krótsze kazanie, gdzie indziej przyjemniejsza atmosfera. Tymczasem parafia to nie tylko miejsce, w którym można coś otrzymać. To również wspólnota, za którą warto wziąć odpowiedzialność.

Nie oznacza to jednak, że lojalność wobec parafii polega na znoszeniu wszystkiego bez słowa. Wierność wspólnocie nie musi oznaczać zgody na bylejakość, a troska o liturgię nie jest pogonią za spektaklem.

Churching stawia więc dwie niewygodne diagnozy. Proboszcz nie może zakładać, że parafianie zostaną z nim bez względu na wszystko. Wierny nie powinien z kolei zakładać, że Kościół ma przede wszystkim spełniać jego oczekiwania. Między tymi skrajnościami rozstrzyga się pytanie, czy parafia jest żywą wspólnotą, czy tylko najbliższym budynkiem, do którego chodzi się w niedzielę.

Rzeczpospolita, DEON, red.

niniwa.pl

Redakcja portalu niniwa.pl

WYDARZENIA Czytaj więcej
NAJNOWSZE WPISY: