Tamte półkolonie się skończyły, ale misja trwa nadal. Wspomnienia z Ostrawy
Jadąc na wolontariat do Ostrawy, tak naprawdę nie wiedziałam, co dokładnie mnie tam spotka. W mojej głowie kłębiło się mnóstwo pytań i obaw, ale jednocześnie towarzyszyło mi dziwne poczucie spokoju i zaufania, że ten czas będzie wartościowy.
Kiedy z Martą dotarłyśmy na miejsce, siostry przywitały nas z ogromną serdecznością i oprowadziły po całym obiekcie, który na kilka kolejnych dni miał stać się naszym domem. Na miejscu okazało się, że nie jesteśmy same – dołączyli do nas wolontariusze z Polski, Czech i Słowacji. Choć nie wszyscy posługiwaliśmy się tym samym językiem, bardzo szybko przekonaliśmy się, że w wolontariacie bariery językowe przestają mieć znaczenie. Potrafiliśmy porozumieć się bez słów – gestem, uśmiechem i wspólnym celem.
Każdy dzień miał swój stały, uporządkowany rytm. Poranek rozpoczynaliśmy od wspólnej Mszy Świętej, a po śniadaniu wyruszaliśmy bezpośrednio do dzielnicy zamieszkanej przez romskie dzieci. Spotkania zawsze otwieraliśmy śpiewaniem piosenek, po którym jako wolontariusze odgrywaliśmy krótkie scenki teatralne. Każde przedstawienie nawiązywało do głównego tematu danego dnia, wprowadzając dzieci w to, co miało się wydarzyć później.
Po części wspólnej rozchodziliśmy się na swoje stanowiska. Przygotowywaliśmy dla dzieci najróżniejsze atrakcje – od zajęć plastycznych i rysowania po ruchowe tory przeszkód. Popołudnia wyglądały bardzo różnie: czasami odbywała się Msza Święta dla dzieci i ich rodzin, a innym razem mieliśmy okazję wspólnie zwiedzać Ostrawę i lepiej się poznać.
Przed wyjazdem towarzyszyła mi cicha obawa, czy podołam i czy nie będę potajemnie odliczać dni do końca. Dzisiaj wiem, jak bardzo się pomyliłam. To był wyjątkowy czas, pełen emocji, których nie da się łatwo zapomnieć. Bezcennym doświadczeniem był sam widok ogromnej radości dzieci na nasz widok oraz to, jak ciepło i radośnie nas witały. Niezwykłe było też to, jak niewiele potrzebowały do szczęścia. Dla nas przygotowanie zabaw czy spędzenie z nimi kilku godzin mogło wydawać się czymś zwyczajnym, drobnym gestem. Dla nich jednak było to wydarzenie, które całkowicie odmieniało ich szarą rzeczywistość. W codzienności pełnej powtarzalności i często trudnych warunków mogły choć na chwilę zobaczyć coś innego, poczuć się ważne i spojrzeć na świat z nowej perspektywy.
Właśnie wtedy, w tych najprostszych momentach wspólnej zabawy i przy rozpromienionych uśmiechach dzieci, czułam niezwykły rodzaj szczęścia. Było to uczucie tak głębokie i czyste, że dosłownie mnie napełniało, dawało niezwykłą lekkość i poczucie, że jestem dokładnie we właściwym miejscu i robię coś naprawdę ważnego. Zderzenie z ich losem i warunkami, w jakich żyją na co dzień, bywało jednak trudne i poruszające. Pojawiał się cichy ścisk w gardle i pytania o to, jak wygląda ich codzienność, gdy kończą się półkolonie.
Mimo że po całym dniu na nogach towarzyszyło mi ogromne zmęczenie fizyczne, a dodatkowo każdy wieczór poświęcałam na przygotowanie zabaw na kolejny dzień, to właśnie wewnętrzne szczęście sprawiało, że emocjonalnie wracałam z poczuciem pełnego serca. Szybko zrozumiałam, że choć jechałyśmy tam, by dać dzieciom trochę radości, to tak naprawdę one dały nam o wiele więcej – nauczyły nas pokory, uważności i prawdziwej wdzięczności za to, co mamy na co dzień.
Początkowo myślałam, że wolontariat po prostu kończy się z dniem powrotu do domu. Dziś wiem, że bardzo się myliłam. To nie był zamknięty epizod. Tamten wyjazd był dopiero początkiem. Zrozumiałam, że te przeżycia zostają w człowieku na zawsze, a możliwość podzielenia się swoim dobrem nie gaśnie wraz z zakończeniem akcji. To iskra, która zmienia sposób, w jaki patrzy się na drugiego człowieka już każdego dnia.
Niedawno, przejeżdżając przez Ostrawę zupełnie prywatnie, w trakcie innej wycieczki, złapałam się na tym, że wypatruję przez okno samochodu punktu orientacyjnego – wysokiego komina – aby znaleźć miejsce, w którym bez wątpienia zostawiłam swój kawałek serca. Kiedyś był dla mnie zwykłym elementem przemysłowego krajobrazu, dziś jest czymś ważnym. Przypomina mi o miejscu, w którym zostawiłam cząstkę siebie, i o dzieciach, które na zawsze znalazły miejsce w mojej pamięci. Tamte półkolonie się skończyły, ale misja dzielenia się dobrem i uważność na drugiego człowieka trwają we mnie do teraz.
Milena Jaśniewska
Czujesz chęć działania i chcesz dać coś od siebie? Przekuć swoje talenty w realną pomoc, a przy okazji przeżyć niezwykłą przygodę? Sprawdź – to może być doświadczenie, które zmieni na lepsze życie innych ludzi i… Twoje!
Sprawdź szczegóły w linku poniżej i dołącz do Wolontariatu Misyjnego NINIWY:









