Eurotrip, dzień 28. To ostatnia niedziela…
…nasze sny wymarzone. Jakie to uczucie? To to samo, ciągle to samo uczucie kiedy wstajemy rano.
Tak naprawdę to dzień zaczyna się o wiele wcześniej. Wraz z wybiciem północy bawimy się wspólnie na wyprawowym kawalerskim Maurycego. To wyjątkowa okazja. Maurycy, Maciek S. i Kamil przyjechali z Polski specjalnie na ten weekend, ciąg dalszy gorączki sobotniej nocy trwa. Dobrze, że jutro można pospać trochę dłużej.
Mijamy się lekko zaspani na korytarzu. Dzisiejszy nocleg w salkach parafialnych skrada nasze serca. Jedni z rana walczą ze swoim praniem, to już ostatnie na tej wyprawie. Co za ulga! Tylko czy coś jest jeszcze w stanie zniwelować zapach unoszący się z naszych sakw?
Pora obudzić dzisiejszych śpiochów. Już zaraz Msza Święta w kościele parafialnym. Nasz budzikowy Maciek P. zachwyca nas ponownie swoim kunsztem muzycznym. Czasami lepiej nie wiedzieć, skąd on bierze te piosenki.
Niedzielne śniadanie staje się obiadem. Godzina 8:00, a na talerzach lądują olbrzymie porcje makaronu z pesto, kurczakiem i wszystkim, czego dusza zapragnie. Dajcie tego więcej, nasze żołądki wytrzymają. W trakcie rozmów na jaw wychodzi nieznajomość Maćka S. na temat gier planszowych. Na całe szczęście zostaje on szybko przez nas pouczony. Dalej dyskutujemy o kawie, jej oddziaływaniu na nasze organizmy i figurach włoskiego społeczeństwa.
W uszach aż huczy, dzwony kościelne wzywają nas na Eucharystię, podczas której mamy też swój wkład. Ojciec Patryk celebruje, Manuela czyta pierwsze czytanie, a Andrzej modlitwę wiernych. Na sam koniec Mszy zostajemy poproszeni przez proboszcza o zaśpiewanie polskiej maryjnej pieśni. W kościele rozbrzmiewa dobrze wszystkim znana pieśń „Jest zakątek na tej ziemi”.
Czas na cotygodniowe kółko. Zasiadamy na karimatach i omawiamy wspólnie bieżące sprawy, dzielimy się swoimi przeżyciami i przemyśleniami. Padają już pierwsze propozycje kierunków na przyszłoroczną wyprawę. Gdzie tym razem poniosą nas nasze rowery? Jedyną granicą jest nasza wyobraźnia, dlatego też dajemy się jej ponieść i snujemy ambitne plany dotyczące odległych krajów.
Atmosfera i warunki sprzyjają dzisiaj głębokim rozmowom. Zaczynają się obrady okrągłego stołu, a może raczej debata. Po jednej stronie swoich przekonań bronią dzielnie nasze dziewczyny, po drugiej stronie swoją rację próbuje udowodnić płeć męska. Odpowiedzi dużo, ale pytań jeszcze więcej.
No nic, czas coś zjeść. Czy znajdzie się gdzieś stolik dla szesnastu zgłodniałych rowerzystów? Pewna włoska restauracja oferuje miejsce na tarasie z widokiem na wioskę. Na stole zaczynają pojawiać się makarony i pizze. Mmm, palce lizać! Chociaż nie wszyscy mogą zaliczyć ten obiad do tych wyśmienitych. Kamil, jak tam ryba na Twojej pizzy?
Wiadomo, że na obiedzie się nie kończy. Czas na deser, a jedyna słuszna opcja to lody. Grupa dzieli się na entuzjastów smaku makowego i tych, którym nie przypadł ten smak do gustu. Znowu można poczuć się jak na wakacjach: słoneczko świeci, całodniowy relaks i otaczające nas piękno gór.
Dalszy czas upływa nam na rozmowach, tematów coraz więcej. Najważniejsza zaś mądrość tej dyskusji pada z ust Kamila: „Chwalić należy publicznie, ale bolączki wyciągać prywatnie”. No jednak czasami coś mądrego mu się wymsknie.
Reszta wieczoru upływa nam wyjątkowo muzycznie. Początkowo żegnamy chłopaków, którzy przyjechali do nas na weekend, autorskim wykonaniem „Time to Say Goodbye”. Czekamy, aż znowu będziemy popijać herbatę z Wami w szklanym domu! Następnie wsłuchujemy się w dźwięki pianina. Tomek W. dzięki swojemu muzycznemu talentowi przenosi nas w krainę błogości.
Godzina coraz późniejsza. Zostaje nam tylko dopakować sakwy, zjeść coś porządnego i ruszyć w stronę karimat. Dobranoc wszystkim!
Zosia Iwan
Bilans dnia:
- dystans: 0 km
Dystans całkowity: 3115 km
Nocleg: Feldgasse, Austria








