28 sierpnia| Wiadomości

West Coast Ireland, dzień 3. „Samarytanin” Garry z Hollywood

Na szlak ruszamy już ze znacznie lżejszym bagażem, pozbawionym namiotów i śpiworów. Niektórym od braku stałego obciążenia od razu pojawia się dziwne uczucie „dyskomfortu” w kolanach.

Godzina 5:45. Budzi mnie pukanie w namiot i łagodny głos naszej budzikowej. Myślę sobie: dobrze, że nie mam stoperów w uszach, bo miałbym dziś dłuższe spanie – jak zresztą co poniektórzy. Ale cóż, trzeba wstać i wygramolić się ze śpiwora. Szybka odprawa, modlitwa i ruszamy – ale nie na szlak, tylko w przeciwnym kierunku.

​Dziś irlandzki „Samarytanin” Garry zabierze nam część zawartości plecaków albo nawet całe pakunki (z czego jedna osoba chętnie skorzystała). Jedną osobę zostawiamy z rzeczami na straży, bo jednak na 24 osoby to kupa kasy oddana dosłownie randomowemu gościowi. Na szlak ruszamy już ze znacznie lżejszym bagażem, pozbawionym namiotów i śpiworów. Niektórym od braku stałego obciążenia od razu pojawia się dziwne uczucie „dyskomfortu” w kolanach. Idąc, żyjemy myślą, że pokonamy dziś pasmo górskie, a po drugiej stronie czeka na nas miasteczko Hollywood, do którego mamy 25 km. Początek – wiadomo – pod górkę, ale na szczęście nie pada.

​Trzecia przerwa, niby śniadaniowa na 20 minut, zamienia się w prawdziwe coffee time – w ruchu poszła nawet kawiarka. Gdy mieliśmy już gotową kawę do picia, a w kolejce robiły się następne, dokładnie w 15. minucie zaczyna lać deszcz. Prognozy co prawda zapowiadały ulewę, ale dlaczego akurat na przerwie? Zbieramy się w pośpiechu, zakładamy peleryny i wszystko, co kto ma przeciwdeszczowego. Ruszamy dalej, bo szkoda czasu.

​Docieramy na drugą stronę i idziemy już po asfalcie. Zostało 7,5 km, więc pada propozycja, żeby zacząć łapać stopa. Pierwsze osoby odjeżdżają, ale my twardo idziemy pieszo. Julia, która akurat szła z nami, zatrzymała samochód. Uśmiechnięta pani w Jeepie słucha jej z fascynacją i podziwem, na jej twarzy gości szeroki uśmiech, aż w końcu daje Julii coś i odjeżdża. Myśleliśmy, że to jakieś jedzenie – pewnie z własnego głodu – ale to apetyczne „coś” okazało się… mydłem. Od razu nasunęło się nam pytanie: czy aż tak od nas pachniało po kilku dniach wędrówki i kąpielach w rzekach? Pani co prawda nas nie zabrała, ale jadąc dalej, rozdawała piechurom ręcznie robione handmade’owe mydełka. Nie wiadomo, co o tym myśleć.

​Dwie osoby średnio się czują, więc gdy pojawia się okazja na stopa, oddają plecak i zastanawiają się, kogo pierwszego wsadzić do auta. Finalnie wsiada jedna z nich, a druga dorzuca jeszcze swój bagaż. Większości udało się coś złapać – niektórym nawet na odcinek 1 km. Ja jednak dzielnie szedłem dalej. Jeden z kierowców zabrał na pakę masę naszych plecaków i dowozi je prosto na miejsce.

​Dotarliśmy! Chwila odpoczynku, rozbijamy namioty. Mocno wieje, więc suszymy wszystko, co się da, i idziemy na mszę (na karimatach przy namiotach). Jest godzina 16:30, a my mamy czas wolny, by zapolować na prysznice w okolicznych domach.

​Janek, który postanowił umyć się przy kranie na terenie obozu, wzbudził prawdopodobnie litość w żonie Garry’ego. Przyszła z informacją, że udostępni nam jeden z wynajmowanych przez nich lokali. Były tam aż dwa prysznice! Irlandzka gościnność po prostu nas rozpieszcza.

West Coast Ireland, dzień 3 [ZDJĘCIA]

​Robimy szybkie zakupy na obiad, ale zanim zdążę cokolwiek ugotować, pada propozycja: „Chodźmy zrobić zdjęcie z napisem Hollywood na zboczu góry!”. Zostawiam jedzenie, biorę drona i idziemy. Gdy tak latałem, poniosła mnie ułańska fantazja – obóz był zaledwie 500 metrów od nas, a ja bardzo chciałem go nagrać. Wyłączyłem czujniki i zabezpieczenia, żeby polecieć tam i z powrotem szybciej. Niestety, wracając, wjechałem dronem prosto w drzewo.

Czekała mnie niezła wspinaczka. Sam nie byłem w stanie go sięgnąć, więc Rafał z niesamowitym poświęceniem rzucił się jak bramkarz w polu karnym, żeby go złapać. Udało się! Może zobaczymy jeszcze jakieś ujęcia z tej akcji.

​Wracamy do obozu. Szybki prysznic i na 20:00 idziemy na szkolenie z autostopowania. Padre Dominik omawia z nami zasady bezpieczeństwa i to, jak zachować się w kryzysowych sytuacjach. Nagle podchodzi para Irlandczyków – widząc nasze pranie rozwieszone dookoła, proponują, że wezmą rzeczy i wysuszą je w suszarce bębnowej! Szybko zbieramy wszystko ze sznurków i pakujemy do worka jak leci. Na koniec spotkania dzielimy się na grupy, co Ojciec oficjalnie zatwierdza. Błogosławieństwo na drogę będzie rano.

​Po spotkaniu przychodzi Marysia (już po akcji z praniem) i chcąc iść się myć, pyta ze zdziwieniem: „A gdzie jest mój ręcznik?”. Cóż jej odpowiedzieć… Że będzie za jakieś dwie godziny, a myć trzeba się teraz. Na szczęście udało się jakoś uratować sytuację i coś dla niej wymyślić.

​Jest godzina 23:40. Przed chwilą dostaliśmy zwrot naszych pachnących, suchych ubrań. Prawie wszyscy już śpią, więc biorę swoje rzeczy, a rano trzeba będzie zrobić z tego jeden wielki targ i losowanie.

​Dobranoc!

Adam Ludwisiak

niniwa.pl

Redakcja portalu niniwa.pl

WYDARZENIA Czytaj więcej
NAJNOWSZE WPISY: