West Coast Ireland, dni 5–6. Mam głupie pytanie – mogę się u Ciebie wykąpać?
Połączone relacje z pierwszego weekendu na wyprawie pieszej NINIWA Team po zachodnim wybrzeżu Irlandii.
Dzień 5. Prosim, słudzy łask niegodni, wspomóż, nocleg daj wygodny!!!
Pobudka była jak plaskacz w twarz. Tak bardzo wyrwana z kontekstu, nieodpowiednia, niepasująca do naszego słodkiego, deszczem niezakłóconego, ciepłego, komfortowego snu. Dobre noclegi mają to do siebie, że cudownie się do nich wchodzi, chętnie wraca, ale paskudnie się je opuszcza.
Poranna krzątanina: jedni spali na ziemi, inni na krzesłach. Część suszyła namioty, a część jeszcze dopijała mleko jako symbol luksusu posiadania lodówki.
Wyprawowe poranki mają właśnie tę niezwykłą właściwość, że niezależnie od czasu ich trwania i tak zdążyć ze wszystkim jest niemożliwe. Nieważne, czy wstaniemy godzinę przed zbiórką, czy półtorej – czas ten nie ma znaczenia. Jest jak czarna dziura pochłaniająca nasze spowolniałe myślenie.
Na szczęście dzisiaj nie musieliśmy się tym martwić. Będąc w połowie ekspresowego śniadania, słyszymy, że wyjście będzie opóźnione ze względu na deszcz. Chwała Panu, można wypić kawę (względnie) spokojnie!
Po sprzątnięciu salek ruszamy w drogę. Nie pada mocno, ale doświadczenie braku możliwości suszenia ubrań każe nam chronić każdą suchą ich nitkę. Przed nami niedługi odcinek – ok. 11 km drogą do następnej miejscowości.
Po przyjściu – zmiana planów! Podróżowanie uczy nas pewnej elastyczności, ciągłego dostosowywania się do sytuacji i szukania nowych rozwiązań. Dzisiaj, zamiast iść do następnej miejscowości, szukamy noclegu tutaj.
Nie jest to łatwe – jesteśmy w miejscu bardzo turystycznym, ponieważ to właśnie tu prowadzi szlak pielgrzymkowy na górę świętego Patryka. Według podań na niej właśnie modlił się o wygonienie demonów irlandzkich. Z tego powodu co roku zdobywa ją tłum pielgrzymów.
My też chcemy!!! Ale wpierw podejmujemy próby zadbania o nasz komfort po powrocie – toczą się zawzięte dyskusje z miejscowymi. U nas wciąż ta sama śpiewka: taka grupa, trochę namiotów, do szczęścia potrzebny szlauch i woda.
Poznajemy właścicieli pubów, prywatnych gospodarstw, hosteli i innych przybytków. Trudno jednak zaspokoić wszystkie nasze potrzeby – warunki są mokre, więc szukamy też możliwości suszenia się i odpoczywania w cieple.
Rozmowy się toczą, a w międzyczasie… jedni śpią, inni tylko próbują, jeszcze inni nerwowo odganiają gryzące meszki, a ci rozsądni decydują się na ekspresowy obiad. Wszystko w tak zwanym czasie operacyjnym, międzyczasie, czasie nieuchwytnym, niezliczonym, niezdolnym do przewidzenia jego długości.
Wprowadzam więc nowe pojęcie – czas wyprawowy. Uzupełni on lukę w nazwie na poranną czarną dziurę, czas operacyjny, decyzyjny, czas ogarniający namiot i inne potrzeby czy czas potrzebny na zorganizowanie prysznica… Każdy z nich ma tę jedną, wspólną cechę – jego długość jest nieuchwytna.
A więc w czasie wyprawowym decydujemy o zostawieniu plecaków na dole, ugotowaniu obiadu przed dalszą drogą i przepakowaniu plecaków na mniejsze, wycieczkowe.
Około godziny 15 atakujemy nasz szczyt – to chyba pierwsze tak intensywne podejście na tej wyprawie! Jednak „na lekko” nie odczuwamy go zbyt dotkliwie. Przy odpowiednim zaangażowaniu w rozmowę nawet nie orientujemy się, że lądujemy na szczycie.
Szczycie z pięknymi widokami, chciałabym napisać. Jednak że zwykłam pisać prawdę, powiem tylko, że szczyt był. Mleczny był, biały, chmurowaty, choć nazwy chmury konkretnej nie wymienię. Był, prawda, zamglonym i wietrznym szczytem.
Tam ubieramy się we wszystkie dostępne nam warstwy i całą grupą wchodzimy do kaplicy niczym gospodarze, z własnym kluczem uzyskanym w wiosce. Zimno, ciasno, ale ołtarz jest, więc jest wszystko, czego trzeba.
Decydujemy się na krótką modlitwę oraz odśpiewanie w całości „Te Deum”. Przykuwamy tym nieco uwagę przechodzących, jednak zdążyliśmy już chyba do tego przywyknąć.
Prosim, słudzy łask niegodni,
Wspomóż, nocleg daj wygodny…
Czas na sesję zdjęciową! Kolekcjonujemy wspomnienia, a chcąc utrzymać je na dłużej, zarówno na szczycie, jak i w drodze powrotnej, w czasie „wyprawowym”, powstają zdjęcia i filmiki. Kontent sam się nie zrobi przecież!
Dlatego niewiasty noszą Joachima na rękach, a on w odwdzięce bierze je na barana. Dlatego też kładziemy się w jasnych rzeczach na brudnej ziemi. Dlatego na końcu próbujemy złapać wspólny rytm, choć okazuje się to niebywale trudne (mimo liczenia tylko do dwóch).
Droga była bardzo satysfakcjonująca – niżej nawet zza mgły wyłoniły nam się widoki! Taki wysiłek dobrze nam zrobił – oderwał od trudności związanych ze znalezieniem noclegu czy suszeniem ubrań…
Po powrocie następuje kolejna odmiana czasu wyprawowego – tego rodzaju nieskończenie za mała jego ilość zawsze, niewystarczająca, by skutecznie znaleźć prysznic, zjeść, rozbić namiot, umyć menażki, przeprać ubrania…
Dziś więc decydujemy się na wariant z poszukiwaniem prysznica. Od domu do domu, z klapkami w ręce, mówimy: „Mam głupie pytanie – mogę się u Ciebie wykąpać?”.
Czasem działa! Niestety, tylko czasem. Jednak próbujemy, a jak to w życiu zwykle bywa, otrzymujemy ciepły prysznic właśnie wtedy, kiedy już tracimy nadzieję.
Przyjęła nas Laura – właścicielka pensjonatu. Szczęśliwe, po krótkiej z nią pogawędce i wypitej herbatce, wracamy do grupy. A tu niespodzianka – większość osób już śpi!
Zmęczenie decyduje o przełożeniu reszty planów na jutro. A co nam jutro przyniesie… zobaczymy!
Kornelia Rzepczak
Bilans dnia:
- dystans: 16,4 km
- suma przewyższeń: 746 m
Dzień 6. Panie, spanie, bycie razem
Niedzielny poranek zastaje nas na zielonej trawie, gdzie nocowaliśmy po zdobyciu świętej dla Irlandczyków góry. Rano przeżywamy Mszę Świętą przy pięknej pogodzie i niezwykłym widoku na wodę oraz jedną z zatok zachodniego wybrzeża Irlandii.
Po Mszy ruszamy do Westport, gdzie oddajemy proboszczowi klucze do oratorium znajdującego się na szczycie góry. To także moment, żeby uzupełnić zapasy i przede wszystkim zregenerować siły przed kolejnymi dniami drogi.
Południe mija nam bardzo spokojnie. Robimy pranie, odpoczywamy, modlimy się i rozmawiamy. Dzięki gościnności parafii św. Marii w Westport mamy dobre warunki, żeby na chwilę zwolnić. Niedziela pozwala nam doświadczyć trochę lekkości bycia, odpoczynku i zwyczajnej radości z tego, że jesteśmy razem.
Wieczorem spotykamy się na naszym kółku dzielenia. Wszyscy zgadzamy się co do tego, że najtrudniejszy jest deszcz, więc będziemy dostosowywać się do tych warunków i iść dalej. Rozmawiamy o tym, co za nami, i kreślimy plan drogi na najbliższy tydzień.
Przed nami Galway, klify Moheru, rejon Burren i dalsza droga w stronę Limerick.
Nowy tydzień zaczynamy z suchymi namiotami, suchymi plecakami i suchą zawartością. A przede wszystkim – z dużą pogodą ducha.
o. Dominik Ochlak OMI
Partnerzy wyprawy:










